Strony

sobota, 31 grudnia 2016

22:30

Powoli kończy się stary rok. Oczywiście, mimo mojego sprzeciwu, Słodka wyciągnęła mnie do Kucharza i Toja. Co roku ta sam śpiewka: ja chce zostać w domu a Słodka chce wyjść. Nawet małe starcia były o to przed świętami. Wie, że najlepiej w takie dni czuję się w domowych pieleszach. Z drugiej strony rozumiem jej chęć wyrwania się z czterech ścian.

Marzył mi się Sylwester pod kocem z lapkiem na kolanach czy książką przed nosem. Ot zwyczajne byczenie się bez żadnej spiny zwyczajne pidżama party, i co? I doopa.

Zatem siedzimy u Kucharza w pokoju. Telewizor gra, jakiś sylwester buczy w tle. Rico śpi po zaaplikowaniu uspokajającego żelu bo oczywiście jeleni nie brakuje. Walą z petard jakby ruskie granice przekroczyli. Co niektórym rzeczywistość miesza się z ze światem urojonym. Promile robią spustoszenie w szarej masie więc chodzą i huczą. Nawet w drodze do Kucharza miałem małe starcie z jeleniami, którzy rzucili petardę bo to takie fajne jak pies się chce ze smyczy urwać. Zarzuciłem kurwami w stylu pierdolnąć takiego pałą i dobić szpadlem żeby głupota się nie rozmnażała. Słodka zdołała mnie powstrzymać a jelenie tylko łby pospuszczali i spieprzali.

Niespotykanie spokojny człowiek jestem, ale na głupotę i debilizm puszczają mi hamulce i siekiera w kieszeni mi się otwiera. A jak jeszcze cierpią na tym moi najbliżsi to atomówka w plecaku się grzeje.

Mija stary rok i nie mam wielkich oczekiwań od nowego, ale o tym w następnym wpisie bo pisanie z komórki to istny sadyzm w tę sylwestrową noc.

środa, 28 grudnia 2016

Przed i po świątecznie

Święta, święta i po świętach a mi ciężko zabrać się do pisania. Rozleniwiłem się ostatnio, chociaż przed świętami to był zapieprz. Zapieprz na całego, ale może jakoś tak po kolei poukładam.

Jak już wcześniej pisałem: Słodkiej wpadła fucha przedświąteczna. Oprócz pierniczenia domków Słodka piekła również ciasta dla znajomych. Było tego sporo, jednak nie taki wysyp jak rok wcześniej, kiedy to przez zmęczenie zaliczyłem małą kolizję autkiem. Niestety zawiódł wtedy refleks ślepego i dałem się podejść jak dziecko. Gościu szukał frajera i znalazł go. Do tego brak świadków zdarzenia i tak było na mnie. Owe autkowe kuku ciągnęło się, aż do czerwca, kiedy to spłaciłem ostatnią ratę mandatu.

Jednak nie o kraksie miało być a o przedświątecznym pieczeniu ciast. Od października bądź listopada trułem Słodkiej, że nie zgadzam się na pieczenie tylu ciast. Przecież nie samymi pieniędzmi człowiek żyje, chociaż na pewno byłoby na rachunki, oddanie długu kuzynowi czy nawet na prywatne wizyty u lekarza. Jednak trzeba się szanować...

Zatem, ledwo skończyliśmy z domkami, oczywiście pieniądze za owe cuda miały być tuż przed świętami, więc na produkty do ciast musieliśmy dokonać gwałtu na koncie i wypruć się do zera (jak dobrze, ze istnieje coś takiego jak debet).
Latanie po marketach, przeglądanie gazetek, szukanie promocji i znowu latanie po sklepach, zamawianie w sklepach, odbiór ze sklepów. KOŁOMYJA!!! 
Do kołomyi swoje trzy grosze dołożyła Toja, za którą trzeba było kupić prezenty. Ja pierdziele!!! Najlepiej powiedzieć, ze się nie wie, nie umie i umyć ręce.

Środa.
Gotowanie w mleku czterech kilogramów maku, odcedzanie i mielenie.

Czwartek.
Pobudka 4,20. O 4.30 już jestem na stanowisku, rozpuszczam masło, miód, rodzynki... zaczynam smażenie pierwszej partii maku. W międzyczasie Słodka utknęła w sernikach. I tak cały dzień. Serniki, makowce, weterynarz, karpie. Łóżko pięć minut po północy.

Piątek.
Słodka dopieszcza wypieki. Lukruje, pudruje, polewa czekoladą. Pakowanie. Telefony... i w towarzystwie Słodkiej jedziemy z pierwszą partią wypieków. Uczy się kierowca na błędach.
I tak do wieczora, jeżdżenie, sprzątanie, ostatnie zakupy.

Święta
Oczywiście, bo jakby inaczej mogło być. Każdy chce żeby do nich przyjechać, posiedzieć. Pogoda oczywiście do doopy. Zero spacerów ze Słodką i Lizakiem. Marzy nam się tylko łóżko i spanie i tak do... po-świąt.

A po świętach mam wolne, aż do Nowego Roku.
Wreszcie się wysypiam, byczę, czytam książki i w końcu udało nam się wyjść z Lizakiem na dłuższy spacer.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Ubrana

Dzisiaj, jak co roku, wytaszczyłem z piwnicy wielgaśny karton. Lekko się zasapałem transportując go od od poziomu minus jeden do poziomu plus jeden. W sumie dwa piętra, dwa piętra akrobacji bo nieporęcznie się go niosło.

W drugim zejściu do piwnicznej izdebki dołączyła Słodka. Teraz mniejsze kartony wydobywałem z drewnianych, wysokich i głębokich półek. Tworu, który powstał za czasów dziadów Słodkiej.
Delikatnie podawałem Słodkiej kartony, bacząc, aby niczego nie wywalić. Jeszcze kilka akrobacji i kłódka zadźwięczała podczas zamykania drzwi. Ostatnie kilka metrów człapania i już w domu wita nas Lizak. Niestety poziom piwnicy jest dla niego niedostępny, wszędzie pełno rozłożonych trutek a z Lizakiem nigdy nic nie wiadomo. Chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe.

Zanim powróciłem z lizakowego spaceru, Słodka rozpakowała pierwszy karton i kończyła rozkładanie i układanie modelki. Teraz ja, niczym Elektron, zacząłem swoje testy na wężach. Rozplatałem je i zaplatałem ponownie na rolkach ze starych gazet aby łatwiej owinąć nimi, wężami nie gazetami, modelkę. Jeszcze chwila, mała korekta, bo oczywiście wąż skończył się z przodu a nie z tyłu, i dla mnie laba.
Reszta pracy w rękach Słodkiej.
Jak dobrze, że rozumie ona mój wstręt do tej czynności. Wstręt, który narodził się jeszcze za czasów dzieciństwa. kiedy to na siłę Wędkarz i Zaczytana zmuszali mnie do zabawy z modelką. Czasami rodzice to potrafią dziecku zrobić dobrze próbując uszczęśliwić go na siłę.

Jednak Słodka uwielbia zabawy z modelką.
Pamiętam dzień kiedy owa modelka zawitała do nas. Słodka do dziś cieszy się, ze spełnionego marzenie  z dzieciństwa - marzenia o modelce 210 cm.
Jak zwykle moment pojawienia się jej u nas to wielki przypadek. Jakaś dodatkowa kasa, nie pamiętam już skąd. Poszukiwania w sklepach, jęki zawodu, poszukiwania na aukcjach, telefony, kurier i w ciągu jednego dnia zawitała do nas.

Ostatnia wisienka na torcie należy do mnie. Ponownie rozplatam węże tym razem boa. Segreguję je od najcieńszych do najgrubszych, później kolorami. Aby już po chwili oplatać nimi modelkę. Minuta pięć i lśni w futrzanym blasku węży boa.

Jeszcze tylko sprzątnąć kartony, tym razem wędrują one na strychu. Za miesiąc znów będą potrzebne a nie uśmiecha mi się latać za nimi do piwnicy. Kiedy minie okres świąt trzeba będzie rozebrać choinkę ze świecidełek, łańcuchów, bombek i przetransportować ją z powrotem, zapakowaną w kartony, na drewnianą półkę w piwnicy.

piątek, 9 grudnia 2016

A świstak siedzi

A świstak siedzi... bo sreberka były kradzione.
My również, jak ten świstak, siedzimy i dziergamy bo Słodkiej udało się dorwać fuchę przedświąteczną i pierniczymy sobie ostro od świtu do zmierzchu. Pierniczymy, dziergamy i uświadamiamy Wędkarza, Zaczytaną i Toja, żeby doopy nam nie zawracali... i nie dociera. Milion telefonów dziennie wyrywa nas z rytmu a jeszcze głupkowate a zapomniałam, że pierniczycie albo co robicie wprowadza mnie w stan podwyższonego ciśnienia. To na tyle.

Chociaż może nie, może poruszę sprawę około piernikową bo idzie o opakowania. Zatem kiedy już to wszystko wydziergamy to trzeba jeszcze zadbać o opakowanie i tu kolejny zonk. Nasze rodzime firmy mają to głęboko w rzyci. Zero współpracy i zero chęci do współpracy a potem płacz bo firma nierentowna i trzeba ją zamknąć.
20 km zamienia się na obszar całego kraju, bo nie pozostaje nic innego jak zamawianie przez Internet. Co za czasy!!! Teraz to już na prawdę koniec pierniczenia. 😁

Przyszła odpowiedź na moją reklamację złożoną do operatora (pisałem o tym w listopadzie i na początku grudnia). Zdziwiła mnie szybkość działania bo w niespełna dwa tygodnie się wyrobili. Ok, nie przeciągam i informuję, że wszystko jest po mojej myśli czyli anulują mi karę. W sumie wyszło na to, że to wszystko przez system. Automat odnotował nieprawidłowość (???) i wydrukował odpowiednie pismo. Zatem operator pięknie mnie przeprosił i obiecał poprawę. W sumie to chyba się bali, że prezentów na święta nie dostaną. 😁

Jest dobrze, doooobrze, ale już tak nie słodzę bo coś moje ząbale się buntują. Na oko wszystko jest okej, ale od zębiszczy jest dentysta a nie okulista.  Czasami wieczorem jak zaciupie to wyłbym do księżyca. Oby do poniedziałku.

niedziela, 4 grudnia 2016

Mrówka i to nie z PSB

Pędzi ten czas jak po laxigenie. Nie dawno była środa a już niedziela prawie się kończy. Normalnie zapieprz na całego. We firmie, w domu plus obsługa dzieci 60+.

W czwartek momentami nie wiedziałem gdzie ręce włożyć. Pisałem reklamacje do byłego  operatora bo to co on wyliczył, to się w głowie nie mieści. Rachunkowość jak w Ranczu Wilkowyje - pełna liczb urojonych. Zatem w czwartek pisałem pismo a przy okazji zasięgałem rady Czerwonej, bo ostatnio ona przerabia wiele spraw z różnymi urzędami i firami więc jest w temacie co, jak i gdzie piszczy,

Pisanie pisma przeplatało się  ze sprawami firmowymi i pracami dodatkowymi. Pulpit komputera zasrany był milionem okienek i do dzisiaj nie wiem jak to wszystko ogarnąłem, ale może po kolei.

Zatem pisze pisemko, przy okazji przenoszę stronę www znajomej do innej firmy hostingowej (dla mniej wtajemniczonych to taka firma, która pozwala na umieszczenie strony internetowej, dla nas bloggerów jest nią gugiel) bo można zaoszczędzić trochę grosza i mieć lepszą opiekę. Przenoszenie plików poszło szybko, gorzej z domeną czyli adresem strony (dla mniej wtajemniczonych adres strony - domena - to na przykład zapisckinsc.blogspot.com), który również chcieliśmy przenieść, ale jak obecny usługodawca dowiedział się o co nam chodzi to się wypiął. Sami se radźta. Zatem piszę z jednymi i drugimi od stron. Jedni chcą pomóc, drudzy strzelają głupa. W końcu coś drgnęło i już się sprawa rozwiązuje...a tu Szefu wpada i macha pismem, żeby mu zeskanować i na stronę firmową wrzucić na cito. Więc tłumaczę, że zrobię tylko to trochę czasu zajmie i nawijam o wytycznych, co i jak ma wyglądać, żeby strona była dostępna dla osób niepełnosprawnych. Szefu oczy robi coraz większe, ale w końcu się poddaje i mówi rób tak żeby było dobrze. 

W międzyczasie odbieram pierdylion telefonów, że artykuły-sprawozdania już napisane czekają na moderację i opublikowanie, bo weekend blisko a jak weekend to Szefu sprawdza jak pracują poszczególne filie firmy. Kuwa było tyle czasu a każda z placówek firmy czeka na koniec tygodnia!!!

Zapierniczam jak ta mrówka. Odbieram telefony, skanuje, drukuje, odpisuje i organizuje sobie pracę bo w piątki to ja pracuję w domu. Tak jakoś udało mi się to z Szefu załatwić, że otrzymałem firmowego lapka ze wszystkimi programami i dziergam wszystko w chacjendzie będąc łonlajn i łontacz.

Niestety Szefu wpada po raz kolejny. Tym razem panika w jego oczach, aż mnie przeraża, bo nie wiem co mnie jeszcze czeka a telefony nadal gwałcą ciszę. Szefu wywala, że potrzebuje lapka na konferencję naukową a on nie ma, bo jak ma sobie kupić tylko po to żeby stał i się kurzył to woli pracownikowi kupić do pracy. Nie ma co, oddaje swój lapek przy okazji wszystko mu ustawiając, żeby tylko kliknął i było. Przy okazji przesyłam wszystkie dane w chmurę, bo jutro czeka mnie ciężki dzień.

środa, 30 listopada 2016

Ptak mnie strzelił

Wczoraj ptak mnie strzelił, nie wytrzymałem.
Qrwa ile w tym piękny, popierdolonym, kraju trzeba się nalatać, nabiegać, naużerać i jeszcze być jak ta alfa i omega wszechwiedzącym.
Co roku, tuż przed świętami, ta sama śpiewka. Jak nie energia z rachunkiem za pół roku, to telefonia z z notami karnymi bo przeniesienie numeru stacjonarnego to qrwa MATRIX.
Każdy ma mnie w czarnym końcu, tylko czeka jak tu łatwo i miło wydymać z kasy takiego łatwowiernego jelenia.

Gdybym olał sobie sprawę i nie monitował, chodził, słał nowe pisma to bym zrozumiał, ale dlaczego, DLACZEGO, qrwa mać, się pytam mam być dymany? Czy tylko dlatego, że operator jeszcze w ciężkim ustroju z lat poprzednich i w doopie ma klienta. Dlaczego takie sprawy mam załatwiać JA, chociaż takie kruczki powinni załatwiać między sobą operatorzy.

Na razie jestem w zawieszeniu, kompletuje dokumenty, szykuje się na bój.
Kurwa mać z ptaka siedem stów nie wyciągnę!!!

*****
Z tego wszystkiego szkoda tylko Słodkiej i Lizaka.
Słodka mój wybuch qrwiszonów jakoś szybko przetrawiła. Gorzej z Lizakiem, bo on bardzo nie lubi krzyków i długo musieliśmy go uspokajać.

piątek, 25 listopada 2016

To już piątek

Dzisiaj do mnie dotarło, dopiero, że to już koniec tygodnia. Gna ten czas niemiłosiernie i nie zamierza zwolnić, a z mojego pisania wyszło tyle, że przesunęło się to wszystko o parę dni.

Nie powiem trochę mną tąpnęło zachowanie Zaczytanej i Wędkarza. W sumie już powinienem się nauczyć, że mogę polegać sam na sobie, ale zawsze gdzieś tam - w głębi duszy - mam nadzieję, że może jednak coś drgnie i się zmieni. Wiem, wiem nadzieja matką głupich
Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że mają mi oni walić kasę na każdym kroku, bo wcale nie muszą. Bardziej chodzi mi o wsparcie, o to że mogę wiedzieć, że jak mam jakiś kłopot to mogę się ich poradzić i nie zostanę sam.

W środę, w pracy, odwiedził mnie Wędkarz i miałem okazję po raz kolejny usłyszeć śpiewkę, że kasy nie mają. Przytakiwałem tylko bo, w sumie cóż innego mogłem zrobić, choć i tak wiedziałem jak ta ich bieda wygląda. Głową muru nie rozbiję.

No właśnie praca. Tutaj też bywa wesoło. 

Chociażby wczoraj. Z paniką w głosie zawezwała mnie do siebie kumpela, która nie mogła skminić o co gościowi chodzi. A chodziło mu ni miej, ni więcej tylko o pretensje, że mu w gugielu na pierwszym miejscu nie wyświetla się film o św. obrazie z... bo tak nie powinno być. Żadne tłumaczenia do niego nie docierały ot zginęła żółto czopka - ni ma a mo być.

Chociażby przedwczoraj. Wpada inna kumpela z żalem, ze jej komputer jakieś komunikaty wyświetla kiedy zamyka pocztę ot coś tam, coś tam i jeszcze coś tam, i coś tam coś tam. Wow.
Od razu rozkminiłem o co w tak zaszyfrowanej wiadomości chodzi. Przecież ja języki ludów wymarłych studiowałemZachodzę, sprawdzam program, zamykam go i... outlook pyta się czy ma przeprowadzić porządki w swoich czeluściach bo spuchł jak po dużej porcji grochówki. Heloł!!! A ile się natłumaczyłem, żeby kliknąć na ok, strach w oczach był jakbym kazał elektrownie atomową wysadzić. He he he.

Na sam koniec kolejna niespodzianka. Sam blogger się ubrał w  nowe szatki. Pozmieniali to to, pododawali trochę nowych rzeczy - emotionki - chociaż takie smutne czarno-białe; zmienili układ zaplecza i różne takie. Podobają się Wam zmiany?

piątek, 18 listopada 2016

Plaster i cierń

Zanim powrócimy do tego co działo się od ostatniego wpisu, chciałbym odpowiedzieć na pytanie LidiiA jak Ci się dzisiaj udało?
Zbaraniałem z lekka, bo oczywiście skleroza to moja siostra rodzona i za bardzo nie mogłem skminić o co tej naszej Lidii chodzi. Dopiero po chwili przyszło otrzeźwienie jak po laxigenie chciałem napisać mocnej kawie, zatem piszę co i jak. 

Po nie wiadomo ilu próbach udało mi się umówić na konkretną rozmowę a nie na jakieś pięć minut w przelocie między kolejnymi spotkaniami. Wywaliłem kobiecie przez telefon, że nie jestem jakimś wrzodem na doopie i albo rozmawiamy jak ludź z ludziem, albo zapytam się o to ich szefowej na najbliższej konferencji prasowej. Opłacał się mały szantaż i rozmowa będzie pod koniec listopada. Jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale nie lubię jak mnie ktoś w ptaka robi. No to tyle wyjaśniania.

Kryzys finansowy udało nam się zażegnać, mam nadzieję, że nie do następnego miesiąca. Jak już pisałem na najbliższych nie ma co liczyć. Oni mają swój, idealny, świat. Najgorsze jest to, że kiedy już zdobędę się na rozmowę z nimi i proszę o pomoc to twierdzą, że nie mają bo węgiel, lekarz, leki a kilka dniu później wysypują się, że co drugi dzień Wędkarz imprezuje i flaszka za flaszką czwórkami idą do nieba. Szkoda słów. Ostatecznie pomógł nam kuzyn Słodkiej, który dodatkowo zgodził się na oddawanie długu w ratach. 

No to tyle... kończę, bo słaby jestem po wirusie jaki nas dopadł. Przedwczoraj ja byłem bardzo rigoletto a dzisiaj Słodka ma bliskie spotkania z łazienką i górnym frontem. 
Za to Lizak spisuje się niesamowicie i pilnuje nas schorowanych. Trzymajcie się ciepło i niech 36 i 6 będzie z wami.

niedziela, 13 listopada 2016

Z ołówkiem w ręku

No i się spieprzyło, a mowa o finansach oczywiście bo cóż innego mogło by być nie tak. Siedzimy ze Słodką i debatujemy, myślimy, przeliczamy i nic nie wskazuje na to, że rozwiązanie jest blisko. Jakiekolwiek plany wzięły w łeb a i bieżące sprawy-rachunki to wielki znak zapytania.

Widać taki to już mój los, że na nic się mają jakiekolwiek planowania. Spieprzyło się po całości. Miasto Łódź mówię ci do widzenia.

Zero pomysłów. Ja, który z największego goowna potrafiłem wypłynąć z uśmiechem na ustach i tysiącem rozwiązań. Wypaliłem się. Czuję się zmęczony ciągłym myśleniem jak przetrwać kolejny miesiąc, zapłacić rachunki, raty do banku. Nie lubię o tym rozmawiać, Słodka nie potrafi tego zrozumieć, że zamiast paplać i robić kolejne psychologiczne testy to wolę działać. Tylko jak działać w tym mieście gdzie ręka myje rękę. Nic w tym emerytalnym ekosystemie się nie przyjmie bo nic tu ludzi nie interesuje. Do tego życzliwi potrafią popsuć pomóc w zamknięciu drzwi, dzięki którym mógłbym prowadzić kolejne projekty.

Przy telefonicznych rozmowach trafiam na ścianę. Ostateczna rozgrywka czeka mnie w środę. TAK albo NIE? Nie interesują mnie kolejne gdybania i zapewnienia. Chcę wiedzieć na czym stoję.

Słodka również jeździ na rozmowy, wysyła cefałki  i doopa. Zero. Nic. Każdy szuka dwudziestolatki z dwudziestopięcioletnim stażem pracy. Sama się ogłasza, szuka zleceń i też cienko. Zaczyna wariować i stwierdza, ze do niczego się nie nadaje.

Jakiekolwiek ekstremalne rozwiązania (własna firma) hamuje świadomość, że możemy liczyć tylko na siebie i za jakiekolwiek potknięcie zapłacimy tylko my. Ciężko kiedy najbliżsi mają wszystko poniżej paska od spodni. Wyfrunąłeś z gniazda to rób jak uważasz. Szkoda tłumaczyć.

Jak widać pozostaje ostateczna ostateczność. Wyjechać z tego miasta, kraju.

A może sprzedać nerkę?

czwartek, 10 listopada 2016

Magicy

Nasza mała wspólnota mieszkaniowa, na marcowym zebraniu, zdecydowała o zamurowaniu tzw. wjazdu do piwnicy. Ten wjazd to pozostałość po tamtych, dobrych, czasach, kiedy to każdy z lokatorów miał mały wózek do przewożenia zbiorów z działki zakładowej, komarka czy wueskę. Kiedyś taki wjazd był na wagę złota, nie to co teraz gdzie każdy ma swój garaż lub nawet kilka garaży.

Jednak zanim doszło do likwidacji owego dobra to po drodze pochłonęła nas biurokracja. Niby to wszystko jest w rękach administracji, ale jak nie dopilnujesz to wiadomo pańskie oko konia tuczy. Zatem od marca sprawa przewlekła się do października bo oczywiście wcześniej nikt z fachowców nie chciał się podjąć zadania, a jak już to za cenę iście bliską totolotka. 

W końcu prace ruszyły i... siedzę od siódmej rano i czekam na magików, bo oczywiście nasza administracja podczas pisania zapytania ofertowego nie ujęła prac wykończeniowych w środku budynku. Siedzę i czekam na magików i administratora budynku i stwierdzam, że umio oni szanować pracę. Ani jednych, ani drugich. 

piątek, 4 listopada 2016

Jest zezwolenie

PANTERKO!!!

OTWÓRZ  PACZKĘ!!!

źródło: link

WSZYSTKIEGO
NAJLEPSZEGO!!!

środa, 2 listopada 2016

Wreszcie po

Niby dosięgnął mnie długi weekend, niby.
źródło: tobrze.wordpress.com
Zamiast brać przykład z Czerwonej i Elektrona, którzy jak co roku mają wszystko koło pióra i przyjeżdżają na gotowe, to nie! Dajemy się wciągnąć w jakieś gierki Toja, Zaczytanej i Wędkarza i latamy ze Słodką jak te popieprzone pszczółki i robimy za wszystkich wszystko. 
Co roku się zarzekam, że nigdy więcej a jak co do czego dochodzi to Zaczytana - jest chora, Wędkarz - ja to mam w doopie, Toja - chodząca panika a Słodka - chce jak zwykle zbawić cały świat.
Nawet pisać mi się o tym nie chce, a wqurw odpuścił mi dopiero dzisiaj rano, bo tak właśnie wygląda sprzątanie i cała logistyka przy grobach. 
Za to na cmentarzu...


W miniony poniedziałek przez osiedle przelała się kolejna fala amerykańskiej głupoty zwana halołinem. Podczas spaceru z Lizakiem napatoczyła mi się Znajoma od Biszkopta, która z rozanieloną twarzą zaczęła coś tam buczeć o tym jak to córę wymalowała i dodatkowo oślepiała mnie fonem żebym to jej cudo obejrzał. 
Znacie mój stosunek do tego amerykańskiego czegoś a jak nie to przytaczam moją rozmowę ze znajomą.

źródło: demotywatory.pl

O, to bal dla dzieci zrobiliście?
Nie. Biega po osiedlu i cukierki zbiera.
Aha, czyli standardowo dzieci na żebry zesłaliście.
Jakie żebry? Trochę cukierków sobie zbiorą.
Dla mnie to są żebry. A tak w ogóle to wiesz o co chodzi z tym całym halołinem?
Ty to jak jakiś zatwardziały ksiądz gadasz. 
Nie wyjeżdżaj mi tu z księdzem, bo koło pióra mi lata ich filozofia na życie. A tak naprawdę to wiesz jakie domy powinno się odwiedzać, jak wygląda to cała zabawa?
A co w tym złego, że sobie trochę pochodzą po osiedlu
źródło: memy.pl
No to, że odwiedza się tylko udekorowane halołinowymi ozdobami domy i nie upierdala się jakimś badziewiem drzwi domów osób, które w tym idiotyzmie nie biorą udziału.
Jakiś przewrażliwiony jesteś i nie idzie z tobą gadać.
Na osiedlu żaden dom nie jest przyozdobiony i wstyd mi by było wysłać dzieciaka, żeby latał od drzwi do drzwi za cukierkiem. W sumie jak się 500+ odbiera to chyba raz do roku można przeznaczyć parę groszy na dziecko a nie na piwo dla starego.
źródło: fabrykamemow.pl

środa, 26 października 2016

Na polUcji*

Mówi się, że okazja czyni złodzieja. Niestety, ciężko z tym powiedzeniem nie zgodzić się, kiedy często-gęsto widzę jak ludzie sami, swoim zachowaniem, prowokują osobnika lepkie ręce.

W realu jesteśmy w stanie, chociażby w  sposób minimalny, zabezpieczyć swoje dobra materialne. Inaczej ma się sprawa zakupów robionych poprzez Internet. Oczywiście i tutaj nie jesteśmy bez praw, na sprzedających nałożone są pewne obowiązki i zalecenia. Jednak przepisy przepisami a życie życiem i zdarzyć się może, że trafimy na nieuczciwego kontrahenta.

Niedawno Pantera opisywała nam swoją wizytę w czeluściach u niebieskich i ciężko mi to powiedzieć, ale nasi chłopcy-radarowcy nadal traktują poszkodowanych - jak jelenia co w butelkę dał się nabić. Czy wszyscy? Tego nie wiem, ale mi trafił się taki przypadek, ale może od początku.

Sprawa miała miejsce dwa-trzy lata temu. Znajoma (z racji tego, że nie posiada i nie nie chce posiadać konta na pewnym portalu aukcyjnym) poprosiła mnie o dokonanie zakupu pewnej zabawki dla jej wnuka. Sprawy takie załatwiałem, już nie raz. Nawet Znajoma była przećwiczona w tym, gdzie i jak ma sprawdzać aby nie dać się wyrolować.
Miałem trochę pracy, goniły mnie terminy, więc ciach mach zamówiłem dla niej towar, wydrukowałem druk przelewu i w sumie zapomniałem o całej sprawie.

Po kilku tygodniach Znajoma nawiedziła mnie ponownie i zaczyna nawijkę, że towar do niej nie dotarł. Sprawdzam co i jak, dzwonimy nikt nie odbiera albo rozłącza rozmowy, piszemy maile - zero odpowiedzi. Po kilku dniach namawiam ją na zgłoszenie tej sprawy do administratora portalu aukcyjnego i na policję, gdyż tylko tak może ona odzyskać pieniądze. Tak twierdzi portal aukcyjny.

Zatem udajemy się w dwójkę do naszej komendy. Nigdy nie byłem zmuszony odwiedzić tego przybytku i wiedziałem tylko gdzie jest wejście. Moje zdziwienie było wielkie, kiedy po wejściu do gmachu przywitał mnie styl iście minimalistyczny: ławka, kawałek biurka, za biurkiem przedemerytalny-polycjant i nic więcej. Kuźwa to nie Ojciec Mateusz i komisariat jak z wystawki he he he.

Przedstawiamy polycjantowi w jakiej sprawie przychodzimy i widzę, że na pałę trafiliśmy, bo głupi uśmieszek gości na jego facjacie i... Przerywam zanim zacznie swój wywód, tłamszę qrwiszony w ustach żeby mandatu przy okazji nie zarobić i kwituję krótko a co to państwo policyjne mamy, że przez neta kupować nie można. Głupi uśmieszek szybko ginie i już służbowo wskazuje on nam okienko. Proszę czekać, ktoś podejdzie - kwituje krótko.

Mija 10 minut, piętnaście, dwadzieścia.
W tym czasie na pewno jesteśmy prześwietlani w dłuż i w szerz. Telepatycznie pobierane są odciski palców i sprawdzane w bazie Inter-winter. Badany jest skład naszych wyziewów z paszyczy, drzewo genealogiczne, pokrewieństwo z prezydentem i premierem i uj wie co jeszcze, bo ileż można czekać!!!
Chyba jakoś zdaliśmy egzamin z cierpliwości, bo uchyla się okienko 30 na 30 cm i kolejny polycjant (już z lekka wtajemniczony) zaczyna kolejną rundę jednego z dziesięciu. Pełen profesjonalizm, zero głupawego śmieszku. Kolejne proszę czekać, zaraz ktoś przyjdzie.

Wreszcieeee. Otwierają się drzwi, pani jakaś-tam coś-tam komisarz czy coś-tam prowadzi nas w bebeszony budynku. Wąskie korytarzyki, schody działają na moją wyobraźnię. Widzę zgromadzonych panów z pałami, którzy dla aresztowanych organizują między piętrami ścieżkę zdrowia.
Wchodzimy do małego biura. Szafy, szafy szafy. Ściany jak za Gierka, skromne roślinki dla ożywienia owych ścian. Taka biurokratyczna pustelnia - doopy nie urywa. Atmosfera super.
Składamy zeznania kto w jakim stopniu jest zaangażowany w całą tą aferę. Podpisujemy dokumenty i... mamy czekać na pismo.

Sprawa zostaje umorzona ze względu na niską szkodliwość, portal aukcyjny nie wypłaca odszkodowania, bo sprawa została umorzona przez prokuratora. Namawiam Znajomą żeby się odwoływała. Rezygnuje. Szkoda.

Nie ma kasy, nie ma zakupionego towaru tylko dlatego, że tym razem Znajoma nie sprawdziła opinii o sprzedającym.

_______________
* tytuł powinien brzmieć Na policji jednak spodobała mi się literówka jaką popełniłem u Pantery w komentarzu. W sumie to właśnie Pantera ową palcologię wyłapała i stąd taki a nie inny tytuł.

poniedziałek, 24 października 2016

Mam bloga

Z goła nie powiązane ze sobą wątki, kulinarny i autorski, nasunęły do łepetyny mej myśli natrętne do tego stopnia, że spowodowały one niesamowicie rzadki jak dla chopskiego organizmu stan zamyślenia.

No to cóż takiego się wydarzyło, że aż szare komórki zerwane z zimowego letargu zawołały o pomstę do nieba.

Słodka uwielbia oglądać różnego rodzaju programy kulinarne. Zazwyczaj towarzyszę jej wirtualnie, podczas oglądania owych programów, zatopiony w ekranie laptoka lub smarkfona. Wyjątek jest jeden - rewolucja pani G. - wtedy zazwyczaj ląduję we wannie lub Lizak wyprowadza mnie na dwór.
No to Słodka ogląda program, ja oglądam ekran smarkacza. Sielanka.
Po jakimś czasie jednak czuję, że coś odrywa mnie od zaczytania, drażni moje sensory niczym bzykająca mucha o piątej nad ranem. Powoduje, że całym sobą chcę zakrzyknąć NIE!!!
Zerkam w taflę telewizorni a tam dialog między dwoma osobami: prowadzę bloga, też mam bloga... napisałeś coś na blogu po wczorajszej kolacji?, jeszcze nie, ale na pewno coś skrobnę... bal bla bla. Blog, bloga, blogu, blogowi, o blogu. Zaraz się kocimi chrupkami porzygam. 

Drugi wątek autorski to nic innego jak spotkanie z blogerem, które bardzo mnie rozczarowało. Liczyłem, że będzie to spotkanie bardziej branżowe i poruszy tematy dotyczące pisania, czerpania pomysłów, sposobu na hejterów itp. Zrezygnowałem po kilku minutach, kiedy autorka zaczęła zagłębiać się za bardzo w relacje rodzinne.

Nie cierpię takiego wywnętrzania sięOkej, okej. Sam piszę, tworzę projekty, ale trzymam się granic: sprawy służbowe, życie prywatne. Oficjalnie zakończyłem z pisaniem, nieoficjalnie piszę dalej. Nawet najbliżsi nie mają pojęcia o istnieniu Zapisek. Zdecydowałem, że tak będzie najlepiej. Nic mnie nie blokuje, nie boję się pisania, nie czuję nad głową oddechu cenzora.

Żyjemy w zwariowanych czasach. Toczy nas wyścig szczurów już od najmłodszych lat, bo im wcześniej zaczniemy to później będzie nam w życiu łatwiej. PONOĆ. Jesteśmy rządni sukcesu, szukamy kolejnych rynkowych nisz, które zapewniłyby nam lepszy byt.
Czy taką niszą jest blogowanie - medium, dzięki któremu umiemy sprzedać siebie, swój pomysł, swój produkt, swoją markę.
Czy nadal jest to moda na zaistnienie w sieci niczym reklama gumy rozpuszczalnej: Wszyscy mają Mambę. Mam i ja.

Dla mnie
pisanie bloga
to nada
odskocznia od rzeczywistości. 

piątek, 21 października 2016

Piłka

Kucharz uszczęśliwił naszą psą zgraję prezentami w postaci piłek-jeżyków, które dodatkowo oprócz migania światełkami przeraźliwie piszczą. Los piłeczek był różny i zazwyczaj kończyły one w śmieciach rozszarpane przez ich psich właścicieli.

źródło: www.karusek.com.pl
Troszkę inaczej sprawa ma się z naszym Lizakiem. O dziwo dba on o swoje piłeczki jak o żadną inną zabawkę. Tak, tak piłeczki, bo w nagrodę za dobre traktowanie zabawki Kucharz obdarzył go kolejnym kulululu.
Piłki, zawsze muszą być odniesione do psiego legowiska, inne zabawki walają się po całym domu, ale nie piłeczki. Ich stan zawsze musi być taki sam - sztuk dwie.

Jedno co zauważyliśmy ze Słodką to to, że Lizaka nie za bardzo interesują efekty świetlne a bardziej dźwiękowe oraz to, że jedna z piłeczek jest lepszejsza od tej drugiej (żółta od zielonej). Uwielbienie to tłumaczymy sobie tym, że psy widzą kolor żółty i niebieski - ponoć?

Lizak jest na tyle zdolny, że w momencie kiedy wepchnie gwizdałkę do środka piłki a co za tym idzie traci ona właściwości wokalne to nie popuści. Łazi, piszczy, zaczepia, przynosi piłkę i znowu zaczepia i piszczy, żeby tylko mu ją naprawić.

A kiedy już naprawimy... to urządza on dla nas koncert... aż uszy więdną.

wtorek, 18 października 2016

Rzeźnik

Lekko się dotleniłem na powietrzu i wczoraj z wieczora dopadł mnie sen, a chciałem coś napisać, coś co włos na głowie jeży nawet u łysego.

Zatem jak to było.
Z racji wolnego poniedziałku, bo akurat w sobotę musiałem nawiedzić bramy kołchozu, Słodka zaplanowała prace około-ogrodowe a i Wędkarz dorzucił swoje prace około-kominowe. Latałem jak ten utyty motyl między ogrodem a piwnicą i dogadzałem wszystkim dookoła a Lizak mi w tym wtórował.

Koło godziny poobiedniej, kiedy wszystkie pałki z kurczaka plus ziemniaki plus surówka zostały skonsumowane, rozległo się warczenie foniczne w okolicach kurtki mej zimowej. To jaśnie wielmożna komórka raczyła mnie powiadomić, że z lekka ktoś się do mnie dobija.

Możesz rozmawiać? Padło pytanie dość konspiracyjnie.
Dopadł mnie stan dzwoniącej i szepczącej, rozejrzałem się po pokoju czy aby a pewno jestem sam. Potwierdziłem cicho do słuchawki.
Bo wiesz byłam dzisiaj z Biszkoptem (kumpel lizaka) u weta i on mu wyciął to zgrubienie na grzbiecie... i robił mu to na żywca.
Słucham!!!
No mówiłam mu o znieczuleniu, a on na to, że takiemu małemu psu to co ona ma dać?, żeby spał?
Pojebało go!!! To wet jest czy rzeźnik?!! Ja pierd ole!!! Co za matoł?!!!
A wiesz jak Biszkopt płakał i piszczał? A ja z nim płakałam...
O jeżu brodaty, co to za warchoł. Jak to nie można dać psu znieczulenia albo nawet narkozy!!! Co on pitoli!!! Byłem u Szymona i widziałem jak zszywał Yorka, którego inny pies poszarpał. Kroplóweczka, znieczulenie, pies nawet nie pisnął!!!
Nawet chłopu nic nie mówiłam, ile wziął wet.
No to się qrwa zastanówcie po co wam pies!!! Pies to nie jest zabawka!!! Wziąłeś zwierzaka to dbaj o niego!!!
Bo... bo... kasy nie mamy...
Bajek mi nie opowiadaj, nowe ciuchy, zabawki, piwo dla chłopa co wieczór jest a na psa nie ma!!!
Jak bym wiedział, że tak sprawę załatwicie to bym cię zawiózł do Szymona... chociaż Biszkopt by takiej męczarni nie użył.

piątek, 14 października 2016

Trzeba się szanować

Wreszcie piąteczek, piątello - kochane, wyczekiwane.


Niestety albo stety jest to dzień kiedy spływa do mnie masa informacji. Na większą część (część a nie połowę - połowy są równe :P) czekałem od kilku dni, ba nawet miesięcy bo odwlekane były w czasie. Ja pierdole a nie można w oczy powiedzieć co i jak!!! Qrwa nie lubię takiego mydlenia.

źródło: pictigar.com
Stwierdziłem sam do się, a Słodka w tym stwierdzeniu mnie dzisiaj poparła, że trzeba W KOŃCU zacząć szanować siebie, swój czas, swoją pracę i wiedzę. Inni na pewno tego nie zrobio, inni szukają jelenia co za nich czarną robotę odwali. Robota dla jelenia a chwała dla nich - bogufff. A zwróć takiemu uwagę to obraza taka, jakbym mu matkę zabił, żonę zgwałcił a dzieci sprzedał.

Jestem urządzeniem prostym, jak każdy chop: jedzenie, spanie, praca, sex, mycie - to ostatnie to nawet częściej niż raz w tygodniu. :D  Nie lubię gmatwać i tak już zagmatwanego życia, więc jeśli dochodzi do ustaleń - to trzymam się ich niczym uparty osioł.


Był czas na rozmowę i ustalenia
a teraz jest czas na działanie.


Ptak mnie strzela kiedy będąc przy finiszu projektu dostaję nowe wytyczne rozpidżające całe dotychczasowe prace. Nie powiem elastyczny jestem jak guma u gaci i na wiele się zgadzam, ale zazwyczaj polega to na wzbogaceniu projekty o coś, bez podnoszenia kosztów, a nie wysadzeniu go w kosmos. W sumie sam jestem sobie winny i zapominam, że jak masz miękkie serce to musisz mieć twardą doope bo i tak koniec końców kac dopada tylko mnie. 

środa, 12 października 2016

Po horrorze

U Słodkiej w domu, jak u każdego statystycznego Polaka, na tapecie dziennej są mecze piłki nożnej. Dobrze, że chociaż Słodka swój zapał do owego sportu zakończyła na poziomie kadry narodowej i nie zagłębiła się w mecze ligi pierwszej, drugiej, trzeciej brrrr. Koniec końców mogłoby dojść do sytuacji kiedy w ferworze kibicowania pomógłbym telewizorni wyskoczyć przez okno.

źródło: koszulkowynadruk.pl
Niestety moje na co dzień spokojne geny, w obliczu tworu zwanego piłką nożną, z prędkością światła sięgają nie dna, ale odruchów pierwotnych. W pieruny jaśniste idzie udomowione mruczenie miśka z lasu i władzę przejmuje instynkt zabójcy. Dzidy, siekiery i kur-warczenie w takiej sytuacji to chleb powszedni.

Słodka pomna na moją dysfunkcję od kilku dni przygotowywała mnie na mecze (sobotni i wczorajszy). Muzyka relaksacyjna, częste spacery bez kagańca, pyszne obiadki, kapcie na nogi, piwo w dłoń, masaż brzuszka. Normalnie sielanka. 

źródło: fishki.pl
Trzy godziny przed, wczorajszym, sportowym wydarzeniem pozwoliła mi nawet na samotny spacer z Lizakiem abym się dotlenił, zrelaksował tym z lekka kilkukilometrowym drepczeniem i przy okazji, w drodze powrotnej, nabył dla niej coś na mecz

Drepczemy z Lizakiem noga za noga, łapa za łapą. Co jakiś czas przystaniemy bo Lizak obwąchuje każdy listek skropiony przez przypadkowego psiego kolegę. Sam nogę podnosi, podlewa, daje znać innym psim kumplom, że: ja tu byłem 11.10.16 Lizak. Idziemy dalej. Lizak też z tych co meczy by nie oglądał bo z grubszą sprawą zwleka i zwleka.

Sklep. Kupujemy co trzeba i znowu noga za nogą, łapa za łapą, bez grubszej sprawy. Dopiero na alejce przed naszym domiszem decyduje się na ostateczną rozgrywkę. Widać i jemu geny pierwotne opadły do takiego stopnia, że zadziałał instynkt przetrwania, bo w sumie kto by miał z nim później iść Słodka-zafootbolowana czy Ja-ślak jaśnisty mnie trafił.

źródło: blasty.pl
Podczas naszej nieobecności, Słodka, przyszykowała się na owe wydarzenie. Kanapa wymoszczona poduchami, żeby czasami cztery litery nie ucierpiały, nagłośnienie telewizora sprawdzone, miejsce dla mnie-marudzącego przyszykowane (laptop plus słuchawki). Ot taka mała strefa kibica i anty kibica w pokoju powstała. Nawet dla Lizaka znalazło się miejsce.

W końcu wybiła godzina zero. Słodka w jednym rogu kanapy z pilotem w ręce, a w drugim z laptopem na kolanach i ryczącymi słuchawkami na uszach ja. 

źródło: butterblume.blog.onet.pl
Zarzuciłem sobie na początek jakąś muzę, po chwili kolejny utwór. Jednak co jakiś czas, potajemnie zerkam znad lapka i milczę choć w środku, aż mnie skręca. Minuty lecą, mnie coraz bardzie telepie bo tępy nie jestem i widzę, że Słodką też nosi to patrzę i  mnie unosi coraz bardziej i bardziej i... koniec pierwszej połowy. 

Druga połowa tego całego cyrku. Telepie mnie niesamowicie, ale z uporem maniaka wzrok trzymam na ekranie laptopa. Dla wyciszenia zarzuciłem sobie z neta Paranienormalni tonight aby podtrzymać powagę sytuacji. Słodka skacze, nie wytrzymuję i co chwila rzucam wołowiną aby skrócić swoje wywody do minimum - serce mam tylko jedno. Lizak puszcza bąka i wynosi się do drugiego pokoju. I znowu Słodka skacze, a ja obrywam żółtą kartkę z groźbą eksmisji do Lizaka.

1:0 wreeeeeszcieeee!!!

1:1 kurrrrrrrrrrrrraaaaaaaaaaaaaaaa!!!

Prawie 1:2 dla Armenii @&#*^$&@)((*#()&@*#(^$&*)@(*(#$)&*$(^.
Bo pójdziesz spać do Lizaka!!!

Ostatnia akcja naszych.
Jak nasi strzelą to będzie ostry seks - kwituje Słodka.

ALE ZA CO!!! CO JA CI ZROBIŁEM!!!

poniedziałek, 10 października 2016

37 metrów w kwadracie

Kiedyś jedna z moich kochanych poCiotek zarzuciła mi wielce treść w formacie bo ty jesteś przeciwnikiem trzymana psów w bloku. Niespotykanie spokojny człowiek (NSC) ze mnie, jedynie pewne kadry z życia spowodowały u mnie gębową ewolucję w pyszczeniu, to wypaliłem, że nie jestem przeciwnikiem posiadania psa w bloku tylko jestem przeciwko psim właścicielom pokroju debila!!!

Nie ma co, odszczekałem się poCioteczce pięknie. W sumie sama się o to prosiła, bo poCiotka to twór, który tylko szuka sposobu jak drugiej osobie dopieprzyć, ale tak żeby to jej było na wierzchu.

Powróćmy jednak do łatki jaką kochana poCioteczka, próbowała mi przyszyć. Zatem jak to ze mną jest?  Czy naprawdę taki ze mnie skończony kawałek s kur wiela, że drugiemu nie daję żyć? Myślę, że gdyby tak było to dziewięćdziesiąt osiem procent mieszkań na osiedlu świeciło by pustkami a tak nie jest.

Moje poglądy na temat psów w bloku są niezmienne od dawien dawna. Każden jeden może trzymać psa, kota, nawet teściową i nic mi do tego, bo to nie mój cyrk i nie moje małpy. Jednak każden jeden odpowiedzialny jest za czyny i zdrowie swojego pupila. I właśnie z tą odpowiedzialnością bywa różnie, i to właśnie ta głupota wywołuje u mnie fale wqrwu.

Ostatnio przez naszą dzielnię przelała się fala mody na psa. Dumnych właścicieli spacerujących z pieskami po osiedlu zalęgło się jak ulęgałek. Achom i ochom, pogwizdywaniom nie było końca. Pominę fakt zakupczenia zieleni i chodników - bo piesek jest ok a to co z pieska wychodzi już nie - i przytoczę jeden z dwóch przypadków, obok których nie mogłem przejść spokojnie.

Wszystko mogę zrozumieć, każdy z nas ma jakieś fanaberie i upodobania, ale to co wywinęli moi sąsiedzi skwitowałem krótkim chyba was pojebało na maksa, sumienia nie macie, bo jak inaczej opisać fakt zakupienia psa razy dog niemiecki do mieszkania o powierzchni 37 metrów kwadratowych, gdzie ledwie mieszczą się cztery, cztery!!!, prawie dorosłe osoby. Głupota ludzka i chęć pokazania innym co to to się nie jest, okupione jest skowytem psa przy każdym wyjściu na dwór.

Takie maleństwo sobie kupili.
źródło: wikipedia.org

niedziela, 9 października 2016

Potop

Ale ze mnie aparat. Dobrze, że chociaż Słodka przyjęła chłodno mój wybryk i niczym kapral bez zbędnych ka i cha pomogła mi w ratowaniu sytuacji.

Nie wiem co mnie parę chwil wcześniej dopadło, pomroczność jasna?, że z małej łazienki chciałem zrobić basen. A wszystko za sprawą tego, że pozwoliłem pewnemu wężowi zasmakować wolności. Ów wąż, za moją dobroć, odpłacił się wodotryskiem łez. Tam wodotryskiem, potokiem, litrami wody, które zalewały wszystko dookoła.

Rezultat mojego wybryku był taki, że zamiast wieczorem usiąść sobie z lampką winka własnej roboty to lataliśmy i praliśmy cały zamoczony dobytek.

Początek

Kolejny, trzeci, i mam nadzieję, że ostatni to wybryk z mojej strony. Co tu dużo mówić pisać. Całe zamieszanie powstało za sprawą mojej osobistej głupoty. Jednak tak było najprościej. Zweryfikować pewne sprawy, zacząć się szanować, wymagać szacunku od innych i zamknąć sprawy, których nie było sensu dalej, na siłę, prowadzić.

I tyle.


piątek, 7 października 2016

Po pięćdziesiątce czyli jak się rozchodzili to po jednym wypili

Zmęczyło nie warczenie, męczy pogoda, tylko bym spał i choć pomysłów mam wiele to czuję, że koniec jest coraz bliżej. Straciłem motywację do dalszego pisania i sam nie wiem czego chcę. Zatem czas zakończyć ten projekt i ruszyć w kolejną drogę. Jedno wiem na pewno pojawię się jeszcze nie raz na waszych blogach, ale na razie kończę z tym.

wtorek, 13 września 2016

Analfabetyzm komputerowy czyli ludzie z łapanki ulicznej

Ufff, wreszcie się ogarnąłem i mam chwilę czasu na dziergnięcie kilku słów. W sumie od wczoraj biorę się, nie za bary, a za temat. Jakby nie było to otarłem się o niego dość mocno a nawet obdzwoniłem srogo. Ach ta technologia

Czy znane jest wam określenie budżet obywatelski? Wiecie jak i z czym to się je? Ostatnio jest moda na taką inicjatywę, aby to mieszkaniec danej miejscowości mógł zadecydować (podczas głosowania na zgłoszone projekty do realizacji) na co ma być przeznaczona określona pula pieniędzy z budżetu samorządu.

Sam mam mieszane uczucia co do takiej idei. Z jednej strony jestem za, otrzymuję prawo głosu a zarazem mam wpływ na to co się dzieje w mojej miejscowości. Z drugiej strony odbieram to jak mydlenie ludziom oczu i uciszanie plebsu jak za cesarza rzymskiego, ot takie igrzyska rzymskie. Kolejna strona medalu, już trzecia - zdolny jestem, to same projekty. Ludzie to jednak mają parcie na szkło i kicz goni kicz. Z prawie setki projektów, po gryzipiórkowym przesiewie, na palcach jednej ręki można wyliczyć te, które coś wnoszą.

Powróćmy jednak do meritum dzisiejszego wpisu analfabetyzmu komputerowego i takiej scenki.

Rozmowa telefoniczna nr 1: Szef z Balum Balum i Dziunia z Balum Balum.
Mamy problem, Internet przestały działać.
- To nie możliwe, dwa dni testowaliśmy łącze i było ok.
- Hmm... to ja dam Panią to powie co dokładnie się dzieje.
W dali słychać: no to ko będzie rozmawiał?, kto czuje się na siłach?
Po chwili...
- Bo wie Pan, rano Internet był a teraz wyskakuje błąd.
- Proszę sprawdzić kable, bo może przez przypadek się rozłączyły. Wystarczyło machnąć nogą i tyle. Zadzwonię jeszcze do kolegi, który ma pieczę nad siecią i sprawdzi. Jednak proszę sprawdzić kable...
- Ale to pilne!!!
- To co mam się teleportować! Jest niedziela rano!!!

Rozmowa telefoniczna nr 2: Balu Balu i Szef.
- Szefie, a na swoim komputerze ma szef internet?
- Mam.
- To jak nic dziunia, nogą rozłączyła i sprawdzić się boi.
- Rano to się komputerów bali włączyć, ale dla świętego spokoju jadę po Sieciowca.

Rozmowa telefoniczna nr 3: Sieciowiec i Balu Balu.
- I co tam?
- Weź nic nie mów. Zero kontaktu z Dziuniami. Net jest, łącze działa. Najprawdopodobniej Dziunia z kartki adresu strony internetowej nie potrafiła przepisać.

Normalnie rence i cycki opadajo.
Tak to jest jak się ludzi z ulicy zgarnia do takich spraw. Ludzi co komputer jedynie w programie Sonda widzieli.

wtorek, 6 września 2016

Bloggersi czyli bliskie spotkania w realu

Trochę już czasu minęło od owego wydarzenia, wcześniej się nie dało. Jak zwykle real pochłonął mnie na całego. Wiem, wiem staje się to już nudne, dla mnie wręcz wqrwiające i utwierdzające w przekonaniu, że im ktoś wyżej awansuje tym większy debilizm na twarz mu się wylewa a szara masa mózgowa zanika w zastraszającym tempie.

Musiałem chwilę poszperać w archiwach i już wszystko wiem. Po raz kolejny miałem możliwość przekonać się o sile Bloggersów podczas wielkich poszukiwań kwatery dla nas i oczywiście Piesy naszej. Nie wiem dlaczego w naszym kraju przyjęło się, że zwierz na plaży to zło. Jak zawsze wszystkiemu winni są L.U.D.Z.I.E ich bezmózgowie i głupota bo pies jest cool a sprzątanie po psie już jest passe. Przykładów można mnożyć i mnożyć. Najlepiej jakby pies sam sobą zajmował się i pachniał.

Oczywiście na wasz odzew długo nie musieliśmy czekać. Pomysłów pojawiało się sporo, jednak ten oto wpis: A koniecznie chcesz nad same morze, czy może być 8 km od? Rozkręcił całą machinę i... w sierpniu zawitaliśmy w Agroturystyce Dwie Podkowy w Nowielicach a wszystko dzięki Lidii.

Jeszcze przed wyjazdem wymieniliśmy się z Lidką twarzoksiążkami, aby sprawnie się komunikować i wymieniać potrzebnymi informacjami. Choćby o dwóch mijankach przed Nowielicami czy pogodzie.

To wszystko odbywało się za pomocą kabla, światłowodu, interneta. Z wcześniejszych rozmów wynikało, że nasze pobyty się zakleszczą w granicach czterech dni. Zatem co innego Internet a co innego stanąć twarzą-w-twarz i zacząć rozmowę. I doopa jestem. Nikt mnie nie zjadł, he he he. Lidka i jej mąż to fajni (czyt. normalni) ludzie som a przy okazji miałem/mieliśmy możliwość poznania Bonusa i prędkości z jaką opuszcza pokój. Piesa nasza również bardzo chciała się z Bonusem zabawić jednak wiemy z własnego doświadczenia jak by ta zabawa wyglądała, he he he.

Niestety czas szybko płynął, każdy z nas chciał jak najwięcej go wydrzeć i zwiedzić jak najwięcej. Rano mijaliśmy się przy wyjeździe w trasę, wieczorem krótka rozmowa na dworze... i dopiero w środowy wieczór udało nam się usiąść i porozmawiać na różne tematy od życia codziennego po nasze zwierzaki.

Najlepsze w tym jest to, że mieszkamy 50 km od siebie i na pewno jeszcze nie raz się spotkamy.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cezar czyli pies szukający domu

APEL DO ZWIERZOLUBNYCH

Szukamy domu dla psa imieniem Cezar - tak nazwała go moja Szwagierka, która zaopiekowała się psem. Z niepotwierdzonych informacji wynika, że piesek został (wyrzucony) porzucony w lesie, w miejscowości Stare Miasto. W tej chwili przebywa u Szwagierki, ale nie może ona go zatrzymać. 

Cezar ma około jednego roku, jest mądrym, przyjaźnie nastawionym, ułożonym i grzecznym psiakiem. Reaguje na niektóre komendy typu zostań i nie wolno. Jest czujny i ma mocny głos. Mimo porzucenia nie stracił ufności i lgnie do ludzi, ale do zwierząt podchodzi z rezerwą. Ze strachu jak podchodzi warczy. Z obserwacji wynika, że ma silny charakter i próbuje dominować nad innymi zwierzętami (psami), więc szukamy dla niego domu bez zwierząt.


Proszę rozgłoście nasz apel.

Poniżej zamieszczam banerek, który można umieścić na swoim blogu dodając linka do ogłoszenia.



[29.08.2016, 21:04] Udało się!!! Cezary znalazł dom!!! Trafił do starszego małżeństwa. Będzie miał własny dom i ogród!!! 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ewakuacja czyli dym w domu

Znajomi poprosili nas, aby przez ten weekend przypilnować im zabytkowego domiszcza, bo sami wyruszają w tournee po Polsce. Zgodziliśmy się bez wahania. Ostatni weekend wakacji, wakacji a nie lata jak zatruwa nas głupotami telewizja, zapowiadał się słoneczny i skory do smażenia. Dodatkowo okolica to same jeziora i lasy, cisza i spokój, nirvana.

W owym domiszczu stawiliśmy się w piątek i przeszliśmy szybkie szkolenie gdzie, co i jak oraz co najważniejsze to jak się pali w piecu żeby pod prysznicem kartofelki z pewnych okolic ciała nie powiedziały pierdole, wracamy za miesiąc. Czułem respekt przed paleniem w tym domu, bo niby paliło się w piecu, jednak cały ceremoniał jaki przedstawił mi Właściciel to kurna japońska sztuka parzenia herbaty. To tak, a to tak, tu włącz, tu otwórz, to na spód, to potem. P.A.R.A.N.O.J.A.

Pierwsze runda z piecem (piątek wieczorem) i pierwsza zadyma za nami. Właściciel uprzedzał, żeby poczekać aż słonko zajdzie i trochę się ochłodzi bo nagrzany komin nie ma tzw. cugu. Wystarczyło jedna pootwierać okna w piwnicy i całe to białe, duszące tałatajswtwo poszło z wiatrem.

W sobotę telefoniczna kontrola z serii co i jak po pierwszym paleniu i kolejne instrukcje aby z drugiej strony ściany, tam gdzie jest piec, otworzyć drzwiczki od komina i wyczyścić bo pewnie dlatego się kopci. Sam się nie przyznałem, że to mój pośpiech a nie wlot są temu winni.

Pomny na wskazówki, hen hen przed godziną zapałka wyczyściłem komin, wyczyściłem i napełniłem czeluścia pieca i spokojnie czekałem do późnego wieczora. Wreszcie pocieram zapałką po drasce, podpalam przyszykowane papu dla pieca, chwilę czekam i obserwuję co się wydarzy aby interweniować przy pierwszej oznace zadymy... nic, zero dymka, w piecu dudni jak na koncercie podwórkowej kapeli zmetalizowanej. Jest dobrze myślę sobie, to lecę do Młodej olać roślinki w ogrodzie.

I było się qrwa cieszyć. Przy myciu rąk wiedziałem już, że coś jednak jest nie tak, bo woda zimna jak z potoku. Otwieram drzwi od piwnicy i... szarość, szarość widzę. No to yeps drzwiami, chwila przygotowania maski na paszczę i biegusiem do piwnicy okna otwierać. Kcheee kchee kcheee, cholerstwo.

Dopiero z poziomu dworu, świecąc przez okienka zauważyłem, że dym nie tylko z pieca się wydobywa, ale również ze ściany, w której biegnie komin. Czujecie?!! W takich warunkach nie było mowy o spaniu a jedynie o wietrzeniu.

Przez kilka godzin siedzieliśmy na dworze i czekaliśmy, aż przestanie się dymić. Dopiero koło 23:30 spasowaliśmy. Brak wiatru powodował, ze to co wyszło z piwnicy wisiało w domu i nie zamierzało wyjść dalej. Dziki lokator nam trafił. Nie pozostawało nic więcej jak po przymykać okna w piwnicy (od zewnątrz), uchylić okna w domu i wrócić do własnego mieszkanka.

Dzisiaj rano telefon z serii i jak nie kopciło się. Kopciło, qrwa, kopciło. A to pewnie przez to gniazdo kawek w kominie cugu nie ma - zawyrokował Właściciel. Tylko ja takiej długiej drabiny nie mam, żeby wejść i wyczyścić komin. A qrwa strażaków nie można było wezwać CO?!!!!! I yeps słuchawką na koniec.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kalkulator czyli jak masz liczyć na kogoś to licz sam

Tematów w główce mej roi się co niemiara. O jednym wspominałem Lidii z bloga Życie i szycie, o kolejny nie tak dawno (bo dzisiaj) wrocławskiej Gosi z bloga Za moimi drzwiami. Jednak za nim do nich przejdę, znaczy się tematów owych, to pozwolicie, że opiszę wam sytuację jakiej ostatnio z Młodą doświadczyliśmy.

Podczas jednego z podwórkowych sąsiedzkich spotkań, naszej Piesy z ulubionym psim kumplem rasy shih-tzu, temat spadł oczywiście na budżet domowy. Znajoma od shih-tzu oświeciła nas, że możemy spróbować ubiegać się o dofinansowanie mieszkaniowe do naszych władz lokalnych. Sam o tym nie wiedziałem, bo po ostatnich próbach osiągnięcia czegoś w siedzibie mopa daliśmy sobie spokój. Jednak płakać nad swoim losem nie zamierzam, są ludzie, którzy mają o wiele gorzej ode mnie, więc...

Nie będę was zanudzał papierologią jaką musieliśmy przewertować: akty, odpisy, rachunki itp. Ostatnim elementem układanki było tzw. zaświadczenie o zarobkach. Jeszcze przed urlopem udałem się do siedziby liczypiórków w naszej firmie i... pierwszy zonk... główna od liczypiórków na urlopie, a co pomniejszy piórek takiej mocy nie ma, co by mógł ów glejt wypełnić. Zatem po przeanalizowaniu kiedy miszczu od liczydła powróci, umościłem papiren  w wersji tabula rasa na biurku wyżej wymienionej persony, z notką na co to i po co to, i udałem się na wyczekiwany od dawien dawna u.r.l.o.p.

W dniu Z, zagnany przez Młodą do telefona, co by się upewnić jeszcze przed wyjazdem do firmy, że ów glejt został wypełniony, napotkałem drugi zonk. A to Pan na dzisiaj chce? To kiedy Pan będzie, bo jeszcze nie zrobiłam. Padło do uszu mych prze słuchawkie. Napomknę, że dokumenta leżały tak półtora tygodnia.
Po drodze jeszcze milion telefonów głównej i tłumaczenie co ma być wpisane i czy musi.

Już z wszystkimi papierami wpadamy do urzędu i... trzeci zonk bo oczywiście wszystkie papiery się zgadzają a ów glejt nie. Wyszło na to, że liczypiórkowa takie liczby (urojone) mi wpisała, że Rockefeller przy mnie to pikuś. Lecę z powrotem do firmy i tłumaczę tej od liczydła, co i jak i jak ma to wpisać. Po chwili trwającej półgodziny dostaję nowy glejt. Nauczony wcześniejszą wpadką na szybko przeliczam w myślach wszystkie kwoty jakie zarobiłem i tak na oko się zgadza.

Drugie podejście do okienka. Pani nadal uprzejma i miła, przegląda papiery, każe wypełnić brakujące rubryki, przelicza dane z glejtu i... czwarty zonk bo i tak przekraczamy wymagany próg, ale może coś się uda i mamy czekać na decyzję.

Młodą jednak gnębiła ta sprawa, bo z wyliczeń Pani z urzędu wynikało, że nasz dobrobyt poprawił się na całego. Miód i mleko to mało tylko qrwa jakoś to po dniu doczesnym nie widać. Z krótkim tylko się nie denerwuj Młoda wytaszczyła wszystkie papiren i liczy. Po chwili mnie woła tylko się nie denerwuj i zobacz, przelicz po mnie bo może coś nie tak.

Naszprycowany lekami na powstrzymanie rzezi udaję się do liczypiórkowej i przedkładam swoje wyliczenia i proszę o sprawdzenie bo biorąc wszystkie kwity jakie otrzymałem to jest inaczej niż z jej wyliczeń. Ale ja z list liczyłam kwituje główna. A ja z kwitków od wynagrodzenia  - odgryzam się, To ja jeszcze sprawdzę odpowiada liczypiórek.

Po półgodziny tracę cierpliwość. Po kolejnych dzisięciu minutach, trzykrotnym poprawianiu głównej bo mimo takich samych liczb ona miała inne wyniki dochodzimy do tego co widnieje w moim kajecie. Kolejne dwadzieścia minut i mam nowy, sprawny glejt a wszystko tylko dlatego, ze pomylono się przy stawianiu przecinka i z tysiąca zrobiła się setka przy odliczeniach oraz pominięto kilka innych pozycji, które korzystnie wpływały na moje wyniki końcowe.

Czekamy na ponowne rozpatrzenie naszego wniosku. Nauczony owymi przejściami następnym razem sam przeliczę wszystkie liczby a dopiero udam się do liczypiórkowej bo jak masz liczyć na kogoś to lepiej licz sam.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Odkurzanie zakurzonego czyli o wstręcie do komputera

Długo... oj długo mnie tu nie było. Tak się zastanawiam,  który to już powrót do pisania? Było tego ostatnimi czasy dość sporo. Znikałem, pojawiałem się, snułem plany z których nic nie wychodziło.

Pochłonął mnie jak zwykle świat realny i projekt, w sumie dwa, nad którymi pracuję. Codziennie kilka godzin przy kompie, brak możliwość konsultacji wątpliwości związanych z projektami oraz brak zrozumienia przez innych ludziów w firmie doprowadził mnie do komputerowstrętu. Świat mój skurczył się do poziomu komórki - dzięki niej pisze maile, focę, fejsuję a komp obrasta kurzem. Nie pamiętam aby kiedyś tak było, widać jest mi to potrzebne. Reset.

Postanowiłem jednak wrócić jeszcze raz, może niepotrzebnie, jednak spróbuję.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Ogród czyli rolnik sam w dolinie

Zaskoczyły nas plony, które zebraliśmy w sobotę. Wystarczyła odrobina deszczu i wszystko skoczyło do góry. Marchew, ogórki, fasola i oczywiście chwast. Ten ostatni rósł nawet gdy była susza, uprzykrzał i uprzykrza nam życie jak żadnego roku.

Niestety nie obyło się i bez strat. Wichura zebrała żniwo u nas, wiekowy lilak nie wytrzymał i poddał się pod naporem wiatru. Z jednej strony szkoda nam tej jednej odnogi, z drugiej zrobiło się jaśniej.

Niedziela to już wekowanie i gonitwa z czasem. Mycie ogórasów, przebieranie czy na kiszaki, czy w przyprawę curry. Potem fasolka i tutaj już więcej robótki bo nie dość, że trzeba umyć, poobcinać końcówki, poupychać w słoikach to jeszcze ten cały ceremoniał z gotowaniem. Każdy ma swoją metodę na to warzywo, jednak nam najlepiej sprawdza się godzinne gotowanie przez dwa kolejne dni.

Tak jak już wspominałem gnał nas czas, bo dziś, czekały na Młodą wiśnie a mnie sadysta.

czwartek, 14 lipca 2016

Streszczam się czyli będzie krótko

Witam z wieczora. Za oknem wichura i leje na całego a mnie dopadła suszarka bo oczywiście nasza Piesa z tych masochistycznych jamnikowatych - im gorsza aura tym lepsza pora na wyjście i olewanie wszystkiego dookoła.

Streszczam się bo po ostatniej wizycie u dr Kitla zaopatrzony zostałem w takie małe, różowe, drażetki, które mają wprowadzić mnie w stan hipisowski. Krótko mówiąc mam się mniej wkur a więcej smail. Przyznam się szczerze, że na branie jakichkolwiek medykamentów jestem jak ten diabeł co się święconej wody boi. Kupie, postawie na półce i liczę na telepatyczne uzdrawianie.

Dopiero moment powrotu do firmy wymógł na mnie zażycie tic-taca. Nie powiem, Chyba działa, bo jakiś taki więcej spokojniejszy się zrobiłem i kur i chojoków jakoś mniej a i wysypiam się. Nawet teraz oczy lecą mi powoli w dół a dzisiejsze spotkanie z klientem spłynęło po mnie jak po kaczuszce, chociaż na pewno za kilka dni będę z kalkulatorem latał, bo oczywiście z planów finansowych wszystko wali się na łeb i na szyję a zegar odlicza czas do godziny W.

Oj kończę. Pisałem, że mam bliskie spotkania z Morfeuszem. A na zakończenie zapraszam do tego wpisu [KLIK], bo po ostatnich zamieszaniach z Internetem zagubił się biedak.

wtorek, 12 lipca 2016

Niefortunny zbieg okoliczności czyli dokładka z każdej strony

Od czwartku bądź piątku mam problemy z netem. Nie wiem czy jest to wina niedawnej awarii Pomarańczki, czy może kaprys pogodowy lub sprzętowy. Jednak ostatnie dni z netem do najpiękniejszych nie należą. Co chwila zrywa się połączenie z netem, strony ładują się godzinami a zapisanie tfurczości własnej na blogu graniczy z cudem. Dlatego kilka wpisów, co bardzo zdziwiło Panterkę, pojawia się z małym poślizgiem.To tyle słowem wyjaśnień a teraz wracamy do dzisiejszego wpisu.

Wieczorami, dość często, zdarza mi się popaść w stan refleksji nad mijającym dniem. I w sumie jest czasami nad czym dumać - zarywając nockę - bo myśli kłębią się pod czaszką jak farfocle pod łóżkiem.
Jedno zdanie jakie nasuwa mi się pod koniec tego dumania to ile człowiek jest w stanie znieść? I nie chodzi mi tu o fakty jakimi bombarduje nas tivi a trochę mniejszy kaliber  - rodzina.

Chyba nic tak nie boli jak dopieprzenie przez najbliższe otoczenie.
Ostania niedziela to niefortunny zbieg zdarzeń. Jak zwykle, po raz kolejny, poszło o Piesa. Nie wiem jak już mam tłumaczyć, prosić, wyjaśniać to, że za swojego psa odpowiadam ja!!! To ja wiem co  mój pies może jeść, jakie ilości i kiedy a tuczenie go jak prosiaka wpływa negatywnie na jego stawy, układ krwionośny i milion innych rzeczy, których chcę mu zaoszczędzić.

Nie rozumiem po co taki jeden z drugim otwiera paszczę i dopierdala mi tak, że skarpety z kostek się rolują, tylko dlatego, że żartem powiedziałem do własnej Piesy o podniesieniu michy do góry w momencie kiedy psi dochtór zaweźmie dietę odchudzającą dla onej.

Dowalenie mi przy stole sam żresz a drugiemu nie dasz rozpierdala mnie na maksa. W tym miejscu chciałbym pięknie podziękować Pani S. i Panu W., którzy tak pięknie wpoili mi w łepetynę dobre wychowanie i nie odszczekiwanie się Starszyźnie Rodzinnej. Urwa mać dzięki. Po raz kolejny dałem się ośmieszyć i zamiast wypierdolić co o tym myślę to tylko zgrzytałem zębami.

Sama Piesa też czasami potrafi swoje dołożyć.
Jestem głośnym ludziem, tonacja mojego głosu zmienia się podczas rozmowy, jednak zawsze wtedy uspokajam czworonoga, że nie jestem zły na niego, że dobry pies tylko taki jeden z drugim podnieśli mi ciśnienie. Oczywiście święty nie jestem i nie raz krzyknąłem na Psiutę w momencie, kiedy nie reagowała na komendę a mogła sobie zrobić krzywdę. Jednak od dłuższego czasu pracuję nad sobą i relacjami z Piesem.

Ostatnio pisałem do Lidii z blogu Szycie i życie, że nie wiem jak już mam dotrzeć do psa. Choćby ostatni spacer. Idziemy sobie naszą ulubioną trasą, są komendy i są nagrody. W pewnym momencie widzę nadchodzącą z naprzeciwka rodzinę z małym dzieckiem. Przezornie rozwijam smycz i wołam Piesa, stój przypinamy, i tu zonk. Piesa ucieka ode mnie, nie reaguje na żadną komendę ani na ciastka. Spokojnie wołam ją, próbuję podejść jednak ona ucieka i tak prawie prze pół godziny.
Sytuacja powtarza się kilkaset metrów dalej, znów zero reakcji na komendy, jednak szybko udaję mi się przypiąć psa i wracamy do domu.

Stan taki trwa do poniedziałku. Podczas porannego spaceru Piesa znów nie chce podejść do mnie na komendę przypinamy czy do mnie. Jednak teraz nikt nam nie przeszkadza, jesteśmy sami na boisku-łące, więc spokojnie wołam Pisutę do siebie. Okrąża mnie z daleka jakbym nie wiadomo co chciał jej zrobić. W końcu powoli podchodzi do mnie...ufff. Głaszczę ją, tarmoszę za uszy, głaszczę po brzuszku i spokojnie mówię czego się boisz głupolu mały i daję jej ulubione ciasteczko.

Żeby nie było tak słodko, to podczas spaceru zgubiłem dekielek od obiektywu. Niestety poszukiwania nic nie dały. Chyba ktoś go znalazł i wziął sobie na pamiątkę.


PS. Zapomniałem wspomnieć, że Młodą - podczas spaceru - pożądliły osy. 

sobota, 9 lipca 2016

Cofka czyli na jeziorze nadal wieje

Ostatnio, krótko, pisałem o tym jak wypipipi na jeziorze wykorzystują wietrzni ludzie. Dzisiaj podczas spaceru z Piesem zauważyłem, że siła wiatru powoduję tzw. cofkę. To zjawisko często występuje nad morzem kiedy wiatr wpycha słoną wodę w koryto rzeki.

Jednak u nas brak ci morza i rzeki. Sprawa ta rozgrywa się na jeziorze, które połączone jest z elektrownianymi kanałami, którymi płynie woda z systemu chłodzenia owej fabryki. Zazwyczaj na przelewach czyli miejscach, w których woda z kanałów wpływa-przelewa się do jeziora, cyrkulacja jest z kanału do jeziora. Jednak zdarza się dość rzadko, że siła wiatru przepycha wodę z powrotem do kanału. Dość ciekawe zjawisko.

czwartek, 7 lipca 2016

Windsurferzy czyli krótko o wietrznych ludziach

Jezioro Gosławskie od wielu lat nawiedzają wietrzni ludzie, wystarczy odrobina silniejszego podmuchu a już po chwili horyzont przecinają mknące po falach trójkąty. Dzisiaj wieje niesamowicie, wielka przestrzeń jeziora pozwala na ostry pęd wiatru.

Ciekawi mnie czy taki piankowy kombinezon chroni sufrerów od zimna. Nie powiem mnie z lekka wypipipi na brzegu.

wtorek, 5 lipca 2016

Banany czyli kobieta zmienną jest

Mówił mi już to dziadek, wspominał co chwila ociec, ba nawet Wieszcz piórem wydziergał kobieto puchu marny, Ty wietrzna istoto... a do mnie nadal nie dociera, że kobieta zmienną jest i chop za jej tokiem myślenia i szybkością zmian decyzji nie nadąży!!!

Przekonałem się po raz kolejny o owym stanie skupienia nie tak dawno ... podczas niezapowiedzianej wizyty w stonkowych czeluściach, które kuszą codziennie niskimi cenami. KURTYNA!!!

Stoisko z owocami. Drobna kobietka, zawieszona na  stosie pudeł z bananami, energicznie przebiera rękoma kolejne partie owoców.W jej kierunku zmierzam ja.

- Przejrzałe te banany - zagaduje.
- Przejrzałe? - powtarzam lekko zdziwiony, bo już z daleka widziałem, że bija, zielenią po oczach.
- No przejrzałe. Niech pan zobaczy. Nie lubię przejrzałych - dalej maltretuje karton z owocami.
- Dla mnie to one są jeszcze zielone a nie przejrzałe.
- Zielone mówi pan.
- No tak... wystarczy zobaczyć... - tutaj kobiecina przerywa mój wywód.
- Nie lubię cienkich, są za cienkie  - i odchodzi.

A ja stoję, jak ta doopa wołowa, zaskoczony stwierdzeniem kobietki. Moja mina bezcenna.

czwartek, 30 czerwca 2016

Nerwowo czyli rzadkie nazwisko

Trochę mnie się zniknęło, ale powód był dość poważny. Nasza Piesa nabawiła się rzadkiego nazwiska i wyziewów tyłoogonowych. Cała sprawa wyszła na jaw już w nocy z soboty na niedzielę. Zaczęło się od sałatki zaraz wracam a później dołączyła się i koopa.

Piesa cały czas była wesoła chciała się bawić i chodzić na spacery jednak to co produkowała nie napawało optymizmem. Niedziela i poniedziałek to dalej Piesa w dobrym humorze i specjalne nazwisko.

Dopiero ostra dieta, wydzielenie suchej karmy (mało i często) bo na ryż się Piesa obraziła, pomogło. Wczoraj kuchnia wydała kurczaka gotowanego z młodą marchewką - jakie też Piesa modły wyprawiała nad miską to istny kabaret. Dzisiaj powtórka z menu i JEST LEPIEJ!!!

Oczywiście dopadały mnie chwile zwątpienia i nawet męczyłem Gosiankę, co robić? Jednak wszystko poszło ku lepszemu a Piesa nie straciła nic ze swojej energii. Do tego stała się bardziej usłuchana.

Po małym dochodzeniu wyjaśniła się sytuacja owych rewolucji gastrologicznych. W sobotę organizowaliśmy grilla i oczywiście, mimo wielu tłumaczeń i próśb na temat co Piesa je a czego nie, dostało się jej małe co nie co. Szkoda tylko, że to coś było upaćkane sosem czosnkowym. A pewnie i Pani J. swoje dołożyła w weekend - bo ja qrwa Pies głodzę!!!

piątek, 24 czerwca 2016

Kalasznikow czyli czarny piątek

Dzień ma sie ku końcowi...i dobrze, bo jak go wspomnę to nóż w kieszeni się otwiera. Ostatni tydzień, tuż przed wakacjami, to jeden wielki popierdolec. Nauczyciele nie wiedzą co robić z dziećmi w szkole to przyłażą stadami i nie wiadomo czego wymagają. Na koniec i tak się okazuje, że za chwilę jest pora obiadowa, więc dzieciaczki w tempie małego boinga spierniczają w edukacyjne czeluścia a ty pozostajesz z lekkim kacem piątego koła u wozu.

Dzieci dziećmi. Nie piszę dzieciakami, bo to słowo jakoś dziwnie mi się kojarzy - jak osobnik gorszej kategorii. Chyba czas na nerwosol.

Wróćmy jednak do tematu dzisiejszego wpisu.
Qrwa ja to jednak naiwny jestem kiedy myślałem, że dzisiejszy dzień upłynie spokojnie. Nie wiem co w poprzednim życiu zrobiłem, lub kim byłem, ale pod koniec szychty jedyne co jawiło się w moich oczach to mord.

Jak mam dotrzeć do ludzi?!!! Proszę, tłumaczę, wyjaśniam i doopa... nie dociera. Każdy zlewa to co robi, działa po najmniejszej linii oporu, a jak coś nie tak to ratuj. Qrwa cuda zacznę czynić, żeby działało i się bujało.

Dzisiaj przez dwie godziny bujałem się z projektorem, bo oczywiście nasz zepsuty. Przywieźli najnowszy model od uj wie kogo. Niby podłączenie proste jak obsługa cepa, ale bez instrukcji nie dojdziesz co i jak.

Na kolejny kwiatek nie trzeba było długo czekać. Za chwile przylatuje paniusia, że tablety przywiezione na dzisiejsze szkolenie nie znajdują sieci WiFi. Qrwa jakiej sieci!!!, się pytam. Przecież na moje pismo, o zmodernizowaniu sali wykładowej, do dzisiaj brak odpowiedzi. Więc jaka qrwa sieć!!!

Ogarnąłem ten małpi gaj. Spokojnie zabieram się za swoją robotę i co? I ZONK!!! Sam Ojciec Założyciel przychodzi z prośbą żeby mu tekst pod względem edytorskim sprawdzić i wydrukować. Idę do kompa Ojca Założyciela i już widzę, że ten tekst to jakiemuś Znajomkowi będę robił. Myślę sobie szybko pójdzie. Zasiadam przed kompem, otwieram plik i moja szczęka obija się o blat biurka. Sto trzydzieści stron wypocin, co drugie, trzecie słowo z bykiem edytorskim. Na kiedy to zapytuję. O piętnastej przyjadę zagaduje Znajomek.

Myślałem, że oparcie od fotela wyrwę jak to usłyszałem. Chyba cię poebało myślę sobie. O piętnastej to ja zwijam namiot i spierniczam do domu.  Ojciec Założyciel zmył się jeszcze szybciej kiedy usłyszał moje pytanie kto mi za to zapłaci? 

A tekst? Tekst...nadal wisi w przestworzach.

niedziela, 19 czerwca 2016

Marchewkowe pole czyli warzywa, kwiaty i chwasty

W końcu zebrałem siły na opisanie tego co od wczoraj leży ugorem. Dzisiaj będzie o pracy w ogrodzie. Piszę w ogrodzie, ale oczywiście pod pojęciem ogród ukryte są również rabaty kwiatowe, warzywniak i w małym stopniu sad. Ten ostatni nadal we władaniu ma Pan W.

Zanim opiszę pracę na rabatach, zaglądam do archiwum żeby nie walnąć gafy - bo dobrą pamięć mam, dobrą bo krótką. Sprawdzałem kiedy zaczęła się nasza zabawa w ogrodnika i flaszkę bym przegrał bo stawiałem na rok 2014 a tak naprawdę zielone światło dostaliśmy rok wcześniej - o czym wspominałem »tutaj«.

KWIECIEŃ
Standardowe prace ze szpadlem i grabiami w tle. Co niektórym opadły koparki, że cały plac skopałem w ciągu dwóch podejść a nie pieściłem się z nim jak z bobo.

Pierwsze podejście. Pojawił się inspekt - dzieło Pana W.

Duże zmiany nawiedziły południową i 

Duże zmiany nawiedziły południową i zachodnią część ogrodu. Wycince poddane zostały świerki, które zagrażały liniom energetycznym. Pozostały tylko trzy sztuki, ale i one znikną za jakiś czas. Ten teren czeka na modernizację, ale na razie brak funduszy hamuje mój zapał. Wcześniej wyglądał on zupełnie inaczej »klik«.

Rok 2014
+

Rok 2016. Oprócz świerków, zniknął również winogron
i całe rusztowanie zbudowane dla niego.

Na ostrą przecinkę załapał się również cis, który za bardzo panoszył się i utrudniał przejście.

Rok 2013.
Widać, że żywopłot rozpanoszył się na dobre
i rozpycha się na wejściu. »klik«

Usunęliśmy również krzak bukszpanu, który przez dwie dekady rósł sam sobie a dodatkowo zagrażał hortensji. Po wielu walkach z opozycją, zawalidroga zniknęła. Rósł 24 lata a zniknął w pół godziny.

Rok 2014. Nie wiadomo za co się wziąć. »klik«

Stan po

MAJ
Trzy lata suszy i pobliska odkrywka zrobiły swoje. Z sześciu metrów słupa wody pozostało ledwie 20 cm. Postanowiliśmy pogłębić studnię lecz szybko okazało się, że na żadną firmę nie ma co liczyć i trzeba samemu zakasać rękawy. Firmą nie opłaca się takie małe drążenie.

Prace przygotowawcze wziął na siebie Pan W. Pierwsze podejście do tematu mieliśmy na początku maja. Pan W. na dnie studni kopał a mła własnymi rencami wyciągałem urobek. Wytaszczyłem okołu stu wiader mułu, piachu i wody. Skarbów wykopaliśmy sporo jednak złotego pociągu ni hu hu.
Kolejny etap, już w sile trzech chłopa, odbył się dwa tygodnie później. Tym razom wytaszczyliśmy koło trzystu wiader wszystkiego dobrego. Woda pojawiła się i jest jej około 1000 litrów. Mało to czy dużo? Dobrze, że jest.

Na pytanie ludzi, co robimy?
Odpowiadaliśmy, że kopiemy schron. 

W zachodniej części ogrodu (na rabatach kwiatowych) pojawiły się nowe egzemplarze roślin: kokoryczka, tawułki.




Ogród zaczął dawać oznaki życia i zaczęło zielenić się na warzywniaku.



CZERWIEC
Pracy jest coraz więcej. Chwasty zmówiły się między sobą czy jak, bo zazwyczaj w jednym tygodniu Młoda pieliła warzywniak a w drugim szła/szliśmy popracować między kwiatami. W tym roku tak się nie da - chwast nie odpuszcza.

Dobrze, że chociaż na rabacie północnej (z funkiami) wszystko idzie ku dobremu i rośliny rosną coraz okazalsze.

Rok 2014.
Tą odmianę przesadziła Młoda
w bardziej zacienione miejsce. »klik«
Rok 2015.
Kolejny egzemplarz funkii, 
te dwie mniejsze przyjęły się na nowym miejscu 
i w tym roku wyglądają już lepiej.
Po lewo nowy nabytek funkia o liściach do 90 cm. »klik«
Rok 2016.

To tak pokrótce o tym co u nas w ogrodzie piszczy. Ostatni - sobotni - wypad na włości dodaje sił. Chociaż w większości Młoda dogląda wszystkiego, to w weekendy już razem szalejemy. 





Mięta posadzona w nowym miejscu, szaleje. Wcześniej był tutaj kompostownik. Planujemy zrobić tutaj podwyższoną rabatę na zioła.



Po kilku godzinach z haczką, przycinaniu, wycinaniu. Zachodnia rabata z kwiatami wygląda tak.


Nad wszystkim czuwa czarny inżynier.