Strony

sobota, 31 grudnia 2016

[21]. 22:30

Powoli kończy się stary rok. Oczywiście, mimo mojego sprzeciwu, Słodka wyciągnęła mnie do Kucharza i Toja. Co roku ta sam śpiewka: ja chce zostać w domu a Słodka chce wyjść. Nawet małe starcia były o to przed świętami. Wie, że najlepiej w takie dni czuję się w domowych pieleszach. Z drugiej strony rozumiem jej chęć wyrwania się z czterech ścian.

Marzył mi się Sylwester pod kocem z lapkiem na kolanach czy książką przed nosem. Ot zwyczajne byczenie się bez żadnej spiny zwyczajne pidżama party, i co? I doopa.

Zatem siedzimy u Kucharza w pokoju. Telewizor gra, jakiś sylwester buczy w tle. Rico śpi po zaaplikowaniu uspokajającego żelu bo oczywiście jeleni nie brakuje. Walą z petard jakby ruskie granice przekroczyli. Co niektórym rzeczywistość miesza się z ze światem urojonym. Promile robią spustoszenie w szarej masie więc chodzą i huczą. Nawet w drodze do Kucharza miałem małe starcie z jeleniami, którzy rzucili petardę bo to takie fajne jak pies się chce ze smyczy urwać. Zarzuciłem kurwami w stylu pierdolnąć takiego pałą i dobić szpadlem żeby głupota się nie rozmnażała. Słodka zdołała mnie powstrzymać a jelenie tylko łby pospuszczali i spieprzali.

Niespotykanie spokojny człowiek jestem, ale na głupotę i debilizm puszczają mi hamulce i siekiera w kieszeni mi się otwiera. A jak jeszcze cierpią na tym moi najbliżsi to atomówka w plecaku się grzeje.

Mija stary rok i nie mam wielkich oczekiwań od nowego, ale o tym w następnym wpisie bo pisanie z komórki to istny sadyzm w tę sylwestrową noc.

środa, 28 grudnia 2016

[20]. Przed i po świątecznie.

Święta, święta i po świętach a mi ciężko zabrać się do pisania. Rozleniwiłem się ostatnio, chociaż przed świętami to był zapieprz. Zapieprz na całego, ale może jakoś tak po kolei poukładam.

Jak już wcześniej pisałem: Słodkiej wpadła fucha przedświąteczna. Oprócz pierniczenia domków Słodka piekła również ciasta dla znajomych. Było tego sporo, jednak nie taki wysyp jak rok wcześniej, kiedy to przez zmęczenie zaliczyłem małą kolizję autkiem. Niestety zawiódł wtedy refleks ślepego i dałem się podejść jak dziecko. Gościu szukał frajera i znalazł go. Do tego brak świadków zdarzenia i tak było na mnie. Owe autkowe kuku ciągnęło się, aż do czerwca, kiedy to spłaciłem ostatnią ratę mandatu.

Jednak nie o kraksie miało być a o przedświątecznym pieczeniu ciast. Od października bądź listopada trułem Słodkiej, że nie zgadzam się na pieczenie tylu ciast. Przecież nie samymi pieniędzmi człowiek żyje, chociaż na pewno byłoby na rachunki, oddanie długu kuzynowi czy nawet na prywatne wizyty u lekarza. Jednak trzeba się szanować...

Zatem, ledwo skończyliśmy z domkami, oczywiście pieniądze za owe cuda miały być tuż przed świętami, więc na produkty do ciast musieliśmy dokonać gwałtu na koncie i wypruć się do zera (jak dobrze, ze istnieje coś takiego jak debet).
Latanie po marketach, przeglądanie gazetek, szukanie promocji i znowu latanie po sklepach, zamawianie w sklepach, odbiór ze sklepów. KOŁOMYJA!!! 
Do kołomyi swoje trzy grosze dołożyła Toja, za którą trzeba było kupić prezenty. Ja pierdziele!!! Najlepiej powiedzieć, ze się nie wie, nie umie i umyć ręce.

Środa.
Gotowanie w mleku czterech kilogramów maku, odcedzanie i mielenie.

Czwartek.
Pobudka 4,20. O 4.30 już jestem na stanowisku, rozpuszczam masło, miód, rodzynki... zaczynam smażenie pierwszej partii maku. W międzyczasie Słodka utknęła w sernikach. I tak cały dzień. Serniki, makowce, weterynarz, karpie. Łóżko pięć minut po północy.

Piątek.
Słodka dopieszcza wypieki. Lukruje, pudruje, polewa czekoladą. Pakowanie. Telefony... i w towarzystwie Słodkiej jedziemy z pierwszą partią wypieków. Uczy się kierowca na błędach.
I tak do wieczora, jeżdżenie, sprzątanie, ostatnie zakupy.

Święta
Oczywiście, bo jakby inaczej mogło być. Każdy chce żeby do nich przyjechać, posiedzieć. Pogoda oczywiście do doopy. Zero spacerów ze Słodką i Lizakiem. Marzy nam się tylko łóżko i spanie i tak do... po-świąt.

A po świętach mam wolne, aż do Nowego Roku.
Wreszcie się wysypiam, byczę, czytam książki i w końcu udało nam się wyjść z Lizakiem na dłuższy spacer.


poniedziałek, 19 grudnia 2016

[19]. Ubrana.

Dzisiaj, jak co roku, wytaszczyłem z piwnicy wielgaśny karton. Lekko się zasapałem transportując go od od poziomu minus jeden do poziomu plus jeden. W sumie dwa piętra, dwa piętra akrobacji bo nieporęcznie się go niosło.

W drugim zejściu do piwnicznej izdebki dołączyła Słodka. Teraz mniejsze kartony wydobywałem z drewnianych, wysokich i głębokich półek. Tworu, który powstał za czasów dziadów Słodkiej.
Delikatnie podawałem Słodkiej kartony, bacząc, aby niczego nie wywalić. Jeszcze kilka akrobacji i kłódka zadźwięczała podczas zamykania drzwi. Ostatnie kilka metrów człapania i już w domu wita nas Lizak. Niestety poziom piwnicy jest dla niego niedostępny, wszędzie pełno rozłożonych trutek a z Lizakiem nigdy nic nie wiadomo. Chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe.

Zanim powróciłem z lizakowego spaceru, Słodka rozpakowała pierwszy karton i kończyła rozkładanie i układanie modelki. Teraz ja, niczym Elektron, zacząłem swoje testy na wężach. Rozplatałem je i zaplatałem ponownie na rolkach ze starych gazet aby łatwiej owinąć nimi, wężami nie gazetami, modelkę. Jeszcze chwila, mała korekta, bo oczywiście wąż skończył się z przodu a nie z tyłu, i dla mnie laba.
Reszta pracy w rękach Słodkiej.
Jak dobrze, że rozumie ona mój wstręt do tej czynności. Wstręt, który narodził się jeszcze za czasów dzieciństwa. kiedy to na siłę Wędkarz i Zaczytana zmuszali mnie do zabawy z modelką. Czasami rodzice to potrafią dziecku zrobić dobrze próbując uszczęśliwić go na siłę.

Jednak Słodka uwielbia zabawy z modelką.
Pamiętam dzień kiedy owa modelka zawitała do nas. Słodka do dziś cieszy się, ze spełnionego marzenie  z dzieciństwa - marzenia o modelce 210 cm.
Jak zwykle moment pojawienia się jej u nas to wielki przypadek. Jakaś dodatkowa kasa, nie pamiętam już skąd. Poszukiwania w sklepach, jęki zawodu, poszukiwania na aukcjach, telefony, kurier i w ciągu jednego dnia zawitała do nas.

Ostatnia wisienka na torcie należy do mnie. Ponownie rozplatam węże tym razem boa. Segreguję je od najcieńszych do najgrubszych, później kolorami. Aby już po chwili oplatać nimi modelkę. Minuta pięć i lśni w futrzanym blasku węży boa.

Jeszcze tylko sprzątnąć kartony, tym razem wędrują one na strychu. Za miesiąc znów będą potrzebne a nie uśmiecha mi się latać za nimi do piwnicy. Kiedy minie okres świąt trzeba będzie rozebrać choinkę ze świecidełek, łańcuchów, bombek i przetransportować ją z powrotem, zapakowaną w kartony, na drewnianą półkę w piwnicy.

piątek, 9 grudnia 2016

[18]. A świstak siedzi.

A świstak siedzi... bo sreberka były kradzione.
My również, jak ten świstak, siedzimy i dziergamy bo Słodkiej udało się dorwać fuchę przedświąteczną i pierniczymy sobie ostro od świtu do zmierzchu. Pierniczymy, dziergamy i uświadamiamy Wędkarza, Zaczytaną i Toja, żeby doopy nam nie zawracali... i nie dociera. Milion telefonów dziennie wyrywa nas z rytmu a jeszcze głupkowate a zapomniałam, że pierniczycie albo co robicie wprowadza mnie w stan podwyższonego ciśnienia. To na tyle.

Chociaż może nie, może poruszę sprawę około piernikową bo idzie o opakowania. Zatem kiedy już to wszystko wydziergamy to trzeba jeszcze zadbać o opakowanie i tu kolejny zonk. Nasze rodzime firmy mają to głęboko w rzyci. Zero współpracy i zero chęci do współpracy a potem płacz bo firma nierentowna i trzeba ją zamknąć.
20 km zamienia się na obszar całego kraju, bo nie pozostaje nic innego jak zamawianie przez Internet. Co za czasy!!! Teraz to już na prawdę koniec pierniczenia. 😁

Przyszła odpowiedź na moją reklamację złożoną do operatora (pisałem o tym w listopadzie i na początku grudnia). Zdziwiła mnie szybkość działania bo w niespełna dwa tygodnie się wyrobili. Ok, nie przeciągam i informuję, że wszystko jest po mojej myśli czyli anulują mi karę. W sumie wyszło na to, że to wszystko przez system. Automat odnotował nieprawidłowość (???) i wydrukował odpowiednie pismo. Zatem operator pięknie mnie przeprosił i obiecał poprawę. W sumie to chyba się bali, że prezentów na święta nie dostaną. 😁

Jest dobrze, doooobrze, ale już tak nie słodzę bo coś moje ząbale się buntują. Na oko wszystko jest okej, ale od zębiszczy jest dentysta a nie okulista.  Czasami wieczorem jak zaciupie to wyłbym do księżyca. Oby do poniedziałku.


niedziela, 4 grudnia 2016

[17]. Mrówka i to nie z PSB.

Pędzi ten czas jak po laxigenie. Nie dawno była środa a już niedziela prawie się kończy. Normalnie zapieprz na całego. We firmie, w domu plus obsługa dzieci 60+.

W czwartek momentami nie wiedziałem gdzie ręce włożyć. Pisałem reklamacje do byłego  operatora bo to co on wyliczył, to się w głowie nie mieści. Rachunkowość jak w Ranczu Wilkowyje - pełna liczb urojonych. Zatem w czwartek pisałem pismo a przy okazji zasięgałem rady Czerwonej, bo ostatnio ona przerabia wiele spraw z różnymi urzędami i firami więc jest w temacie co, jak i gdzie piszczy,

Pisanie pisma przeplatało się  ze sprawami firmowymi i pracami dodatkowymi. Pulpit komputera zasrany był milionem okienek i do dzisiaj nie wiem jak to wszystko ogarnąłem, ale może po kolei.

Zatem pisze pisemko, przy okazji przenoszę stronę www znajomej do innej firmy hostingowej (dla mniej wtajemniczonych to taka firma, która pozwala na umieszczenie strony internetowej, dla nas bloggerów jest nią gugiel) bo można zaoszczędzić trochę grosza i mieć lepszą opiekę. Przenoszenie plików poszło szybko, gorzej z domeną czyli adresem strony (dla mniej wtajemniczonych adres strony - domena - to na przykład zapisckinsc.blogspot.com), który również chcieliśmy przenieść, ale jak obecny usługodawca dowiedział się o co nam chodzi to się wypiął. Sami se radźta. Zatem piszę z jednymi i drugimi od stron. Jedni chcą pomóc, drudzy strzelają głupa. W końcu coś drgnęło i już się sprawa rozwiązuje...a tu Szefu wpada i macha pismem, żeby mu zeskanować i na stronę firmową wrzucić na cito. Więc tłumaczę, że zrobię tylko to trochę czasu zajmie i nawijam o wytycznych, co i jak ma wyglądać, żeby strona była dostępna dla osób niepełnosprawnych. Szefu oczy robi coraz większe, ale w końcu się poddaje i mówi rób tak żeby było dobrze. 

W międzyczasie odbieram pierdylion telefonów, że artykuły-sprawozdania już napisane czekają na moderację i opublikowanie, bo weekend blisko a jak weekend to Szefu sprawdza jak pracują poszczególne filie firmy. Kuwa było tyle czasu a każda z placówek firmy czeka na koniec tygodnia!!!

Zapierniczam jak ta mrówka. Odbieram telefony, skanuje, drukuje, odpisuje i organizuje sobie pracę bo w piątki to ja pracuję w domu. Tak jakoś udało mi się to z Szefu załatwić, że otrzymałem firmowego lapka ze wszystkimi programami i dziergam wszystko w chacjendzie będąc łonlajn i łontacz.

Niestety Szefu wpada po raz kolejny. Tym razem panika w jego oczach, aż mnie przeraża, bo nie wiem co mnie jeszcze czeka a telefony nadal gwałcą ciszę. Szefu wywala, że potrzebuje lapka na konferencję naukową a on nie ma, bo jak ma sobie kupić tylko po to żeby stał i się kurzył to woli pracownikowi kupić do pracy. Nie ma co, oddaje swój lapek przy okazji wszystko mu ustawiając, żeby tylko kliknął i było. Przy okazji przesyłam wszystkie dane w chmurę, bo jutro czeka mnie ciężki dzień.

środa, 30 listopada 2016

[16]. Ptak mnie strzelił.

Wczoraj ptak mnie strzelił, nie wytrzymałem.
Qrwa ile w tym piękny, popierdolonym, kraju trzeba się nalatać, nabiegać, naużerać i jeszcze być jak ta alfa i omega wszechwiedzącym.
Co roku, tuż przed świętami, ta sama śpiewka. Jak nie energia z rachunkiem za pół roku, to telefonia z z notami karnymi bo przeniesienie numeru stacjonarnego to qrwa MATRIX.
Każdy ma mnie w czarnym końcu, tylko czeka jak tu łatwo i miło wydymać z kasy takiego łatwowiernego jelenia.

Gdybym olał sobie sprawę i nie monitował, chodził, słał nowe pisma to bym zrozumiał, ale dlaczego, DLACZEGO, qrwa mać, się pytam mam być dymany? Czy tylko dlatego, że operator jeszcze w ciężkim ustroju z lat poprzednich i w doopie ma klienta. Dlaczego takie sprawy mam załatwiać JA, chociaż takie kruczki powinni załatwiać między sobą operatorzy.

Na razie jestem w zawieszeniu, kompletuje dokumenty, szykuje się na bój.
Kurwa mać z ptaka siedem stów nie wyciągnę!!!

*****
Z tego wszystkiego szkoda tylko Słodkiej i Lizaka.
Słodka mój wybuch qrwiszonów jakoś szybko przetrawiła. Gorzej z Lizakiem, bo on bardzo nie lubi krzyków i długo musieliśmy go uspokajać.

piątek, 25 listopada 2016

[15]. To już piątek.

Dzisiaj do mnie dotarło, dopiero, że to już koniec tygodnia. Gna ten czas niemiłosiernie i nie zamierza zwolnić, a z mojego pisania wyszło tyle, że przesunęło się to wszystko o parę dni. 

Nie powiem trochę mną tąpnęło zachowanie Zaczytanej i Wędkarza. W sumie już powinienem się nauczyć, że mogę polegać sam na sobie, ale zawsze gdzieś tam - w głębi duszy - mam nadzieję, że może jednak coś drgnie i się zmieni. Wiem, wiem nadzieja matką głupich
Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że mają mi oni walić kasę na każdym kroku, bo wcale nie muszą. Bardziej chodzi mi o wsparcie, o to że mogę wiedzieć, że jak mam jakiś kłopot to mogę się ich poradzić i nie zostanę sam.

W środę, w pracy, odwiedził mnie Wędkarz i miałem okazję po raz kolejny usłyszeć śpiewkę, że kasy nie mają. Przytakiwałem tylko bo, w sumie cóż innego mogłem zrobić, choć i tak wiedziałem jak ta ich bieda wygląda. Głową muru nie rozbiję.

No właśnie praca. Tutaj też bywa wesoło. 

Chociażby wczoraj. Z paniką w głosie zawezwała mnie do siebie kumpela, która nie mogła skminić o co gościowi chodzi. A chodziło mu ni miej, ni więcej tylko o pretensje, że mu w gugielu na pierwszym miejscu nie wyświetla się film o św. obrazie z... bo tak nie powinno być. Żadne tłumaczenia do niego nie docierały ot zginęła żółto czopka - ni ma a mo być.

Chociażby przedwczoraj. Wpada inna kumpela z żalem, ze jej komputer jakieś komunikaty wyświetla kiedy zamyka pocztę ot coś tam, coś tam i jeszcze coś tam, i coś tam coś tam. Wow.
Od razu rozkminiłem o co w tak zaszyfrowanej wiadomości chodzi. Przecież ja języki ludów wymarłych studiowałemZachodzę, sprawdzam program, zamykam go i... outlook pyta się czy ma przeprowadzić porządki w swoich czeluściach bo spuchł jak po dużej porcji grochówki. Heloł!!! A ile się natłumaczyłem, żeby kliknąć na ok, strach w oczach był jakbym kazał elektrownie atomową wysadzić. He he he.

Na sam koniec kolejna niespodzianka. Sam blogger się ubrał w  nowe szatki. Pozmieniali to to, pododawali trochę nowych rzeczy - emotionki - chociaż takie smutne czarno-białe; zmienili układ zaplecza i różne takie. Podobają się Wam zmiany?

piątek, 18 listopada 2016

[14]. Plaster i cierń.

Zanim powrócimy do tego co działo się od ostatniego wpisu, chciałbym odpowiedzieć na pytanie LidiiA jak Ci się dzisiaj udało?
Zbaraniałem z lekka, bo oczywiście skleroza to moja siostra rodzona i za bardzo nie mogłem skminić o co tej naszej Lidii chodzi. Dopiero po chwili przyszło otrzeźwienie jak po laxigenie chciałem napisać mocnej kawie, zatem piszę co i jak. 

Po nie wiadomo ilu próbach udało mi się umówić na konkretną rozmowę a nie na jakieś pięć minut w przelocie między kolejnymi spotkaniami. Wywaliłem kobiecie przez telefon, że nie jestem jakimś wrzodem na doopie i albo rozmawiamy jak ludź z ludziem, albo zapytam się o to ich szefowej na najbliższej konferencji prasowej. Opłacał się mały szantaż i rozmowa będzie pod koniec listopada. Jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale nie lubię jak mnie ktoś w ptaka robi. No to tyle wyjaśniania.

Kryzys finansowy udało nam się zażegnać, mam nadzieję, że nie do następnego miesiąca. Jak już pisałem na najbliższych nie ma co liczyć. Oni mają swój, idealny, świat. Najgorsze jest to, że kiedy już zdobędę się na rozmowę z nimi i proszę o pomoc to twierdzą, że nie mają bo węgiel, lekarz, leki a kilka dniu później wysypują się, że co drugi dzień Wędkarz imprezuje i flaszka za flaszką czwórkami idą do nieba. Szkoda słów. Ostatecznie pomógł nam kuzyn Słodkiej, który dodatkowo zgodził się na oddawanie długu w ratach. 

No to tyle... kończę, bo słaby jestem po wirusie jaki nas dopadł. Przedwczoraj ja byłem bardzo rigoletto a dzisiaj Słodka ma bliskie spotkania z łazienką i górnym frontem. 
Za to Lizak spisuje się niesamowicie i pilnuje nas schorowanych. Trzymajcie się ciepło i niech 36 i 6 będzie z wami.




niedziela, 13 listopada 2016

[13]. Z ołówkiem w ręku.

No i się spieprzyło, a mowa o finansach oczywiście bo cóż innego mogło by być nie tak. Siedzimy ze Słodką i debatujemy, myślimy, przeliczamy i nic nie wskazuje na to, że rozwiązanie jest blisko. Jakiekolwiek plany wzięły w łeb a i bieżące sprawy-rachunki to wielki znak zapytania.

Widać taki to już mój los, że na nic się mają jakiekolwiek planowania. Spieprzyło się po całości. Miasto Łódź mówię ci do widzenia.
 
Zero pomysłów. Ja, który z największego goowna potrafiłem wypłynąć z uśmiechem na ustach i tysiącem rozwiązań. Wypaliłem się. Czuję się zmęczony ciągłym myśleniem jak przetrwać kolejny miesiąc, zapłacić rachunki, raty do banku. Nie lubię o tym rozmawiać, Słodka nie potrafi tego zrozumieć, że zamiast paplać i robić kolejne psychologiczne testy to wolę działać. Tylko jak działać w tym mieście gdzie ręka myje rękę. Nic w tym emerytalnym ekosystemie się nie przyjmie bo nic tu ludzi nie interesuje. Do tego życzliwi potrafią popsuć pomóc w zamknięciu drzwi, dzięki którym mógłbym prowadzić kolejne projekty.

Przy telefonicznych rozmowach trafiam na ścianę. Ostateczna rozgrywka czeka mnie w środę. TAK albo NIE? Nie interesują mnie kolejne gdybania i zapewnienia. Chcę wiedzieć na czym stoję.

Słodka również jeździ na rozmowy, wysyła cefałki  i doopa. Zero. Nic. Każdy szuka dwudziestolatki z dwudziestopięcioletnim stażem pracy. Sama się ogłasza, szuka zleceń i też cienko. Zaczyna wariować i stwierdza, ze do niczego się nie nadaje.

Jakiekolwiek ekstremalne rozwiązania (własna firma) hamuje świadomość, że możemy liczyć tylko na siebie i za jakiekolwiek potknięcie zapłacimy tylko my. Ciężko kiedy najbliżsi mają wszystko poniżej paska od spodni. Wyfrunąłeś z gniazda to rób jak uważasz. Szkoda tłumaczyć.

Jak widać pozostaje ostateczna ostateczność. Wyjechać z tego miasta, kraju.

A może sprzedać nerkę?

czwartek, 10 listopada 2016

[12]. Magicy.

Nasza mała wspólnota mieszkaniowa, na marcowym zebraniu, zdecydowała o zamurowaniu tzw. wjazdu do piwnicy. Ten wjazd to pozostałość po tamtych, dobrych, czasach, kiedy to każdy z lokatorów miał mały wózek do przewożenia zbiorów z działki zakładowej, komarka czy wueskę. Kiedyś taki wjazd był na wagę złota, nie to co teraz gdzie każdy ma swój garaż lub nawet kilka garaży. 

Jednak zanim doszło do likwidacji owego dobra to po drodze pochłonęła nas biurokracja. Niby to wszystko jest w rękach administracji, ale jak nie dopilnujesz to wiadomo pańskie oko konia tuczy. Zatem od marca sprawa przewlekła się do października bo oczywiście wcześniej nikt z fachowców nie chciał się podjąć zadania, a jak już to za cenę iście bliską totolotka. 

W końcu prace ruszyły i... siedzę od siódmej rano i czekam na magików, bo oczywiście nasza administracja podczas pisania zapytania ofertowego nie ujęła prac wykończeniowych w środku budynku. Siedzę i czekam na magików i administratora budynku i stwierdzam, że umio oni szanować pracę. Ani jednych, ani drugich. 

piątek, 4 listopada 2016

[11]. Jest zezwolenie.

PANTERKO!!!

OTWÓRZ  PACZKĘ!!!

źródło: link

WSZYSTKIEGO
NAJLEPSZEGO!!!

środa, 2 listopada 2016

[10]. Wreszcie po.

Niby dosięgnął mnie długi weekend, niby.
źródło: tobrze.wordpress.com
Zamiast brać przykład z Czerwonej i Elektrona, którzy jak co roku mają wszystko koło pióra i przyjeżdżają na gotowe, to nie! Dajemy się wciągnąć w jakieś gierki Toja, Zaczytanej i Wędkarza i latamy ze Słodką jak te popieprzone pszczółki i robimy za wszystkich wszystko. 
Co roku się zarzekam, że nigdy więcej a jak co do czego dochodzi to Zaczytana - jest chora, Wędkarz - ja to mam w doopie, Toja - chodząca panika a Słodka - chce jak zwykle zbawić cały świat.
Nawet pisać mi się o tym nie chce, a wqurw odpuścił mi dopiero dzisiaj rano, bo tak właśnie wygląda sprzątanie i cała logistyka przy grobach. 
Za to na cmentarzu...


W miniony poniedziałek przez osiedle przelała się kolejna fala amerykańskiej głupoty zwana halołinem. Podczas spaceru z Lizakiem napatoczyła mi się Znajoma od Biszkopta, która z rozanieloną twarzą zaczęła coś tam buczeć o tym jak to córę wymalowała i dodatkowo oślepiała mnie fonem żebym to jej cudo obejrzał. 
Znacie mój stosunek do tego amerykańskiego czegoś a jak nie to przytaczam moją rozmowę ze znajomą.

źródło: demotywatory.pl

O, to bal dla dzieci zrobiliście?
Nie. Biega po osiedlu i cukierki zbiera.
Aha, czyli standardowo dzieci na żebry zesłaliście.
Jakie żebry? Trochę cukierków sobie zbiorą.
Dla mnie to są żebry. A tak w ogóle to wiesz o co chodzi z tym całym halołinem?
Ty to jak jakiś zatwardziały ksiądz gadasz. 
Nie wyjeżdżaj mi tu z księdzem, bo koło pióra mi lata ich filozofia na życie. A tak naprawdę to wiesz jakie domy powinno się odwiedzać, jak wygląda to cała zabawa?
A co w tym złego, że sobie trochę pochodzą po osiedlu
źródło: memy.pl
No to, że odwiedza się tylko udekorowane halołinowymi ozdobami domy i nie upierdala się jakimś badziewiem drzwi domów osób, które w tym idiotyzmie nie biorą udziału.
Jakiś przewrażliwiony jesteś i nie idzie z tobą gadać.
Na osiedlu żaden dom nie jest przyozdobiony i wstyd mi by było wysłać dzieciaka, żeby latał od drzwi do drzwi za cukierkiem. W sumie jak się 500+ odbiera to chyba raz do roku można przeznaczyć parę groszy na dziecko a nie na piwo dla starego.
źródło: fabrykamemow.pl

środa, 26 października 2016

[9]. Na polUcji.*

Mówi się, że okazja czyni złodzieja. Niestety, ciężko z tym powiedzeniem nie zgodzić się, kiedy często-gęsto widzę jak ludzie sami, swoim zachowaniem, prowokują osobnika lepkie ręce.

W realu jesteśmy w stanie, chociażby w  sposób minimalny, zabezpieczyć swoje dobra materialne. Inaczej ma się sprawa zakupów robionych poprzez Internet. Oczywiście i tutaj nie jesteśmy bez praw, na sprzedających nałożone są pewne obowiązki i zalecenia. Jednak przepisy przepisami a życie życiem i zdarzyć się może, że trafimy na nieuczciwego kontrahenta.

Niedawno Pantera opisywała nam swoją wizytę w czeluściach u niebieskich i ciężko mi to powiedzieć, ale nasi chłopcy-radarowcy nadal traktują poszkodowanych - jak jelenia co w butelkę dał się nabić. Czy wszyscy? Tego nie wiem, ale mi trafił się taki przypadek, ale może od początku.

Sprawa miała miejsce dwa-trzy lata temu. Znajoma (z racji tego, że nie posiada i nie nie chce posiadać konta na pewnym portalu aukcyjnym) poprosiła mnie o dokonanie zakupu pewnej zabawki dla jej wnuka. Sprawy takie załatwiałem, już nie raz. Nawet Znajoma była przećwiczona w tym, gdzie i jak ma sprawdzać aby nie dać się wyrolować.
Miałem trochę pracy, goniły mnie terminy, więc ciach mach zamówiłem dla niej towar, wydrukowałem druk przelewu i w sumie zapomniałem o całej sprawie.

Po kilku tygodniach Znajoma nawiedziła mnie ponownie i zaczyna nawijkę, że towar do niej nie dotarł. Sprawdzam co i jak, dzwonimy nikt nie odbiera albo rozłącza rozmowy, piszemy maile - zero odpowiedzi. Po kilku dniach namawiam ją na zgłoszenie tej sprawy do administratora portalu aukcyjnego i na policję, gdyż tylko tak może ona odzyskać pieniądze. Tak twierdzi portal aukcyjny.

Zatem udajemy się w dwójkę do naszej komendy. Nigdy nie byłem zmuszony odwiedzić tego przybytku i wiedziałem tylko gdzie jest wejście. Moje zdziwienie było wielkie, kiedy po wejściu do gmachu przywitał mnie styl iście minimalistyczny: ławka, kawałek biurka, za biurkiem przedemerytalny-polycjant i nic więcej. Kuźwa to nie Ojciec Mateusz i komisariat jak z wystawki he he he.

Przedstawiamy polycjantowi w jakiej sprawie przychodzimy i widzę, że na pałę trafiliśmy, bo głupi uśmieszek gości na jego facjacie i... Przerywam zanim zacznie swój wywód, tłamszę qrwiszony w ustach żeby mandatu przy okazji nie zarobić i kwituję krótko a co to państwo policyjne mamy, że przez neta kupować nie można. Głupi uśmieszek szybko ginie i już służbowo wskazuje on nam okienko. Proszę czekać, ktoś podejdzie - kwituje krótko.

Mija 10 minut, piętnaście, dwadzieścia.
W tym czasie na pewno jesteśmy prześwietlani w dłuż i w szerz. Telepatycznie pobierane są odciski palców i sprawdzane w bazie Inter-winter. Badany jest skład naszych wyziewów z paszyczy, drzewo genealogiczne, pokrewieństwo z prezydentem i premierem i uj wie co jeszcze, bo ileż można czekać!!!
Chyba jakoś zdaliśmy egzamin z cierpliwości, bo uchyla się okienko 30 na 30 cm i kolejny polycjant (już z lekka wtajemniczony) zaczyna kolejną rundę jednego z dziesięciu. Pełen profesjonalizm, zero głupawego śmieszku. Kolejne proszę czekać, zaraz ktoś przyjdzie.

Wreszcieeee. Otwierają się drzwi, pani jakaś-tam coś-tam komisarz czy coś-tam prowadzi nas w bebeszony budynku. Wąskie korytarzyki, schody działają na moją wyobraźnię. Widzę zgromadzonych panów z pałami, którzy dla aresztowanych organizują między piętrami ścieżkę zdrowia.
Wchodzimy do małego biura. Szafy, szafy szafy. Ściany jak za Gierka, skromne roślinki dla ożywienia owych ścian. Taka biurokratyczna pustelnia - doopy nie urywa. Atmosfera super.
Składamy zeznania kto w jakim stopniu jest zaangażowany w całą tą aferę. Podpisujemy dokumenty i... mamy czekać na pismo.

Sprawa zostaje umorzona ze względu na niską szkodliwość, portal aukcyjny nie wypłaca odszkodowania, bo sprawa została umorzona przez prokuratora. Namawiam Znajomą żeby się odwoływała. Rezygnuje. Szkoda.

Nie ma kasy, nie ma zakupionego towaru tylko dlatego, że tym razem Znajoma nie sprawdziła opinii o sprzedającym.




_______________
* tytuł powinien brzmieć Na policji jednak spodobała mi się literówka jaką popełniłem u Pantery w komentarzu. W sumie to właśnie Pantera ową palcologię wyłapała i stąd taki a nie inny tytuł.

poniedziałek, 24 października 2016

[8]. Mam bloga.

Z goła nie powiązane ze sobą wątki, kulinarny i autorski, nasunęły do łepetyny mej myśli natrętne do tego stopnia, że spowodowały one niesamowicie rzadki jak dla chopskiego organizmu stan zamyślenia.

No to cóż takiego się wydarzyło, że aż szare komórki zerwane z zimowego letargu zawołały o pomstę do nieba.

Słodka uwielbia oglądać różnego rodzaju programy kulinarne. Zazwyczaj towarzyszę jej wirtualnie, podczas oglądania owych programów, zatopiony w ekranie laptoka lub smarkfona. Wyjątek jest jeden - rewolucja pani G. - wtedy zazwyczaj ląduję we wannie lub Lizak wyprowadza mnie na dwór.
No to Słodka ogląda program, ja oglądam ekran smarkacza. Sielanka.
Po jakimś czasie jednak czuję, że coś odrywa mnie od zaczytania, drażni moje sensory niczym bzykająca mucha o piątej nad ranem. Powoduje, że całym sobą chcę zakrzyknąć NIE!!!
Zerkam w taflę telewizorni a tam dialog między dwoma osobami: prowadzę bloga, też mam bloga... napisałeś coś na blogu po wczorajszej kolacji?, jeszcze nie, ale na pewno coś skrobnę... bal bla bla. Blog, bloga, blogu, blogowi, o blogu. Zaraz się kocimi chrupkami porzygam. 

Drugi wątek autorski to nic innego jak spotkanie z blogerem, które bardzo mnie rozczarowało. Liczyłem, że będzie to spotkanie bardziej branżowe i poruszy tematy dotyczące pisania, czerpania pomysłów, sposobu na hejterów itp. Zrezygnowałem po kilku minutach, kiedy autorka zaczęła zagłębiać się za bardzo w relacje rodzinne.

Nie cierpię takiego wywnętrzania sięOkej, okej. Sam piszę, tworzę projekty, ale trzymam się granic: sprawy służbowe, życie prywatne. Oficjalnie zakończyłem z pisaniem, nieoficjalnie piszę dalej. Nawet najbliżsi nie mają pojęcia o istnieniu Zapisek. Zdecydowałem, że tak będzie najlepiej. Nic mnie nie blokuje, nie boję się pisania, nie czuję nad głową oddechu cenzora.

Żyjemy w zwariowanych czasach. Toczy nas wyścig szczurów już od najmłodszych lat, bo im wcześniej zaczniemy to później będzie nam w życiu łatwiej. PONOĆ. Jesteśmy rządni sukcesu, szukamy kolejnych rynkowych nisz, które zapewniłyby nam lepszy byt.
Czy taką niszą jest blogowanie - medium, dzięki któremu umiemy sprzedać siebie, swój pomysł, swój produkt, swoją markę.
Czy nadal jest to moda na zaistnienie w sieci niczym reklama gumy rozpuszczalnej: Wszyscy mają Mambę. Mam i ja.

Dla mnie
pisanie bloga
to nada
odskocznia od rzeczywistości. 

piątek, 21 października 2016

[7]. Piłka.

Kucharz uszczęśliwił naszą psą zgraję prezentami w postaci piłek-jeżyków, które dodatkowo oprócz migania światełkami przeraźliwie piszczą. Los piłeczek był różny i zazwyczaj kończyły one w śmieciach rozszarpane przez ich psich właścicieli.

źródło: www.karusek.com.pl
Troszkę inaczej sprawa ma się z naszym Lizakiem. O dziwo dba on o swoje piłeczki jak o żadną inną zabawkę. Tak, tak piłeczki, bo w nagrodę za dobre traktowanie zabawki Kucharz obdarzył go kolejnym kulululu.
Piłki, zawsze muszą być odniesione do psiego legowiska, inne zabawki walają się po całym domu, ale nie piłeczki. Ich stan zawsze musi być taki sam - sztuk dwie.

Jedno co zauważyliśmy ze Słodką to to, że Lizaka nie za bardzo interesują efekty świetlne a bardziej dźwiękowe oraz to, że jedna z piłeczek jest lepszejsza od tej drugiej (żółta od zielonej). Uwielbienie to tłumaczymy sobie tym, że psy widzą kolor żółty i niebieski - ponoć?

Lizak jest na tyle zdolny, że w momencie kiedy wepchnie gwizdałkę do środka piłki a co za tym idzie traci ona właściwości wokalne to nie popuści. Łazi, piszczy, zaczepia, przynosi piłkę i znowu zaczepia i piszczy, żeby tylko mu ją naprawić.

A kiedy już naprawimy... to urządza on dla nas koncert... aż uszy więdną.

wtorek, 18 października 2016

[6]. Rzeźnik

Lekko się dotleniłem na powietrzu i wczoraj z wieczora dopadł mnie sen, a chciałem coś napisać, coś co włos na głowie jeży nawet u łysego.

Zatem jak to było.
Z racji wolnego poniedziałku, bo akurat w sobotę musiałem nawiedzić bramy kołchozu, Słodka zaplanowała prace około-ogrodowe a i Wędkarz dorzucił swoje prace około-kominowe. Latałem jak ten utyty motyl między ogrodem a piwnicą i dogadzałem wszystkim dookoła a Lizak mi w tym wtórował.

Koło godziny poobiedniej, kiedy wszystkie pałki z kurczaka plus ziemniaki plus surówka zostały skonsumowane, rozległo się warczenie foniczne w okolicach kurtki mej zimowej. To jaśnie wielmożna komórka raczyła mnie powiadomić, że z lekka ktoś się do mnie dobija.

Możesz rozmawiać? Padło pytanie dość konspiracyjnie.
Dopadł mnie stan dzwoniącej i szepczącej, rozejrzałem się po pokoju czy aby a pewno jestem sam. Potwierdziłem cicho do słuchawki.
Bo wiesz byłam dzisiaj z Biszkoptem (kumpel lizaka) u weta i on mu wyciął to zgrubienie na grzbiecie... i robił mu to na żywca.
Słucham!!!
No mówiłam mu o znieczuleniu, a on na to, że takiemu małemu psu to co ona ma dać?, żeby spał?
Pojebało go!!! To wet jest czy rzeźnik?!! Ja pierd ole!!! Co za matoł?!!!
A wiesz jak Biszkopt płakał i piszczał? A ja z nim płakałam...
O jeżu brodaty, co to za warchoł. Jak to nie można dać psu znieczulenia albo nawet narkozy!!! Co on pitoli!!! Byłem u Szymona i widziałem jak zszywał Yorka, którego inny pies poszarpał. Kroplóweczka, znieczulenie, pies nawet nie pisnął!!!
Nawet chłopu nic nie mówiłam, ile wziął wet.
No to się qrwa zastanówcie po co wam pies!!! Pies to nie jest zabawka!!! Wziąłeś zwierzaka to dbaj o niego!!!
Bo... bo... kasy nie mamy...
Bajek mi nie opowiadaj, nowe ciuchy, zabawki, piwo dla chłopa co wieczór jest a na psa nie ma!!!
Jak bym wiedział, że tak sprawę załatwicie to bym cię zawiózł do Szymona... chociaż Biszkopt by takiej męczarni nie użył.

piątek, 14 października 2016

[5]. Trzeba się szanować.

Wreszcie piąteczek, piątello - kochane, wyczekiwane.


Niestety albo stety jest to dzień kiedy spływa do mnie masa informacji. Na większą część (część a nie połowę - połowy są równe :P) czekałem od kilku dni, ba nawet miesięcy bo odwlekane były w czasie. Ja pierdole a nie można w oczy powiedzieć co i jak!!! Qrwa nie lubię takiego mydlenia.

źródło: pictigar.com
Stwierdziłem sam do się, a Słodka w tym stwierdzeniu mnie dzisiaj poparła, że trzeba W KOŃCU zacząć szanować siebie, swój czas, swoją pracę i wiedzę. Inni na pewno tego nie zrobio, inni szukają jelenia co za nich czarną robotę odwali. Robota dla jelenia a chwała dla nich - bogufff. A zwróć takiemu uwagę to obraza taka, jakbym mu matkę zabił, żonę zgwałcił a dzieci sprzedał.

Jestem urządzeniem prostym, jak każdy chop: jedzenie, spanie, praca, sex, mycie - to ostatnie to nawet częściej niż raz w tygodniu. :D  Nie lubię gmatwać i tak już zagmatwanego życia, więc jeśli dochodzi do ustaleń - to trzymam się ich niczym uparty osioł.

Był czas na rozmowę i ustalenia
a teraz jest czas na działanie.

Ptak mnie strzela kiedy będąc przy finiszu projektu dostaję nowe wytyczne rozpidżające całe dotychczasowe prace. Nie powiem elastyczny jestem jak guma u gaci i na wiele się zgadzam, ale zazwyczaj polega to na wzbogaceniu projekty o coś, bez podnoszenia kosztów, a nie wysadzeniu go w kosmos. W sumie sam jestem sobie winny i zapominam, że jak masz miękkie serce to musisz mieć twardą doope bo i tak koniec końców kac dopada tylko mnie. 

środa, 12 października 2016

[4]. Po horrorze.

U Słodkiej w domu, jak u każdego statystycznego Polaka, na tapecie dziennej są mecze piłki nożnej. Dobrze, że chociaż Słodka swój zapał do owego sportu zakończyła na poziomie kadry narodowej i nie zagłębiła się w mecze ligi pierwszej, drugiej, trzeciej brrrr. Koniec końców mogłoby dojść do sytuacji kiedy w ferworze kibicowania pomógłbym telewizorni wyskoczyć przez okno. 

źródło: koszulkowynadruk.pl
Niestety moje na co dzień spokojne geny, w obliczu tworu zwanego piłką nożną, z prędkością światła sięgają nie dna, ale odruchów pierwotnych. W pieruny jaśniste idzie udomowione mruczenie miśka z lasu i władzę przejmuje instynkt zabójcy. Dzidy, siekiery i kur-warczenie w takiej sytuacji to chleb powszedni.

Słodka pomna na moją dysfunkcję od kilku dni przygotowywała mnie na mecze (sobotni i wczorajszy). Muzyka relaksacyjna, częste spacery bez kagańca, pyszne obiadki, kapcie na nogi, piwo w dłoń, masaż brzuszka. Normalnie sielanka. 

źródło: fishki.pl
Trzy godziny przed, wczorajszym, sportowym wydarzeniem pozwoliła mi nawet na samotny spacer z Lizakiem abym się dotlenił, zrelaksował tym z lekka kilkukilometrowym drepczeniem i przy okazji, w drodze powrotnej, nabył dla niej coś na mecz

Drepczemy z Lizakiem noga za noga, łapa za łapą. Co jakiś czas przystaniemy bo Lizak obwąchuje każdy listek skropiony przez przypadkowego psiego kolegę. Sam nogę podnosi, podlewa, daje znać innym psim kumplom, że: ja tu byłem 11.10.16 Lizak. Idziemy dalej. Lizak też z tych co meczy by nie oglądał bo z grubszą sprawą zwleka i zwleka.

Sklep. Kupujemy co trzeba i znowu noga za nogą, łapa za łapą, bez grubszej sprawy. Dopiero na alejce przed naszym domiszem decyduje się na ostateczną rozgrywkę. Widać i jemu geny pierwotne opadły do takiego stopnia, że zadziałał instynkt przetrwania, bo w sumie kto by miał z nim później iść Słodka-zafootbolowana czy Ja-ślak jaśnisty mnie trafił.

źródło: blasty.pl
Podczas naszej nieobecności, Słodka, przyszykowała się na owe wydarzenie. Kanapa wymoszczona poduchami, żeby czasami cztery litery nie ucierpiały, nagłośnienie telewizora sprawdzone, miejsce dla mnie-marudzącego przyszykowane (laptop plus słuchawki). Ot taka mała strefa kibica i anty kibica w pokoju powstała. Nawet dla Lizaka znalazło się miejsce.

W końcu wybiła godzina zero. Słodka w jednym rogu kanapy z pilotem w ręce, a w drugim z laptopem na kolanach i ryczącymi słuchawkami na uszach ja. 

źródło: butterblume.blog.onet.pl
Zarzuciłem sobie na początek jakąś muzę, po chwili kolejny utwór. Jednak co jakiś czas, potajemnie zerkam znad lapka i milczę choć w środku, aż mnie skręca. Minuty lecą, mnie coraz bardzie telepie bo tępy nie jestem i widzę, że Słodką też nosi to patrzę i  mnie unosi coraz bardziej i bardziej i... koniec pierwszej połowy. 

Druga połowa tego całego cyrku. Telepie mnie niesamowicie, ale z uporem maniaka wzrok trzymam na ekranie laptopa. Dla wyciszenia zarzuciłem sobie z neta Paranienormalni tonight aby podtrzymać powagę sytuacji. Słodka skacze, nie wytrzymuję i co chwila rzucam wołowiną aby skrócić swoje wywody do minimum - serce mam tylko jedno. Lizak puszcza bąka i wynosi się do drugiego pokoju. I znowu Słodka skacze, a ja obrywam żółtą kartkę z groźbą eksmisji do Lizaka.

1:0 wreeeeeszcieeee!!!

1:1 kurrrrrrrrrrrrraaaaaaaaaaaaaaaa!!!

Prawie 1:2 dla Armenii @&#*^$&@)((*#()&@*#(^$&*)@(*(#$)&*$(^.
Bo pójdziesz spać do Lizaka!!!

Ostatnia akcja naszych.
Jak nasi strzelą to będzie ostry seks - kwituje Słodka.

ALE ZA CO!!! CO JA CI ZROBIŁEM!!!

poniedziałek, 10 października 2016

[3]. 37 metrów w kwadracie.

Kiedyś jedna z moich kochanych poCiotek zarzuciła mi wielce treść w formacie bo ty jesteś przeciwnikiem trzymana psów w bloku. Niespotykanie spokojny człowiek (NSC) ze mnie, jedynie pewne kadry z życia spowodowały u mnie gębową ewolucję w pyszczeniu, to wypaliłem, że nie jestem przeciwnikiem posiadania psa w bloku tylko jestem przeciwko psim właścicielom pokroju debila!!!

Nie ma co, odszczekałem się poCioteczce pięknie. W sumie sama się o to prosiła, bo poCiotka to twór, który tylko szuka sposobu jak drugiej osobie dopieprzyć, ale tak żeby to jej było na wierzchu.

Powróćmy jednak do łatki jaką kochana poCioteczka, próbowała mi przyszyć. Zatem jak to ze mną jest?  Czy naprawdę taki ze mnie skończony kawałek s kur wiela, że drugiemu nie daję żyć? Myślę, że gdyby tak było to dziewięćdziesiąt osiem procent mieszkań na osiedlu świeciło by pustkami a tak nie jest.

Moje poglądy na temat psów w bloku są niezmienne od dawien dawna. Każden jeden może trzymać psa, kota, nawet teściową i nic mi do tego, bo to nie mój cyrk i nie moje małpy. Jednak każden jeden odpowiedzialny jest za czyny i zdrowie swojego pupila. I właśnie z tą odpowiedzialnością bywa różnie, i to właśnie ta głupota wywołuje u mnie fale wqrwu.

Ostatnio przez naszą dzielnię przelała się fala mody na psa. Dumnych właścicieli spacerujących z pieskami po osiedlu zalęgło się jak ulęgałek. Achom i ochom, pogwizdywaniom nie było końca. Pominę fakt zakupczenia zieleni i chodników - bo piesek jest ok a to co z pieska wychodzi już nie - i przytoczę jeden z dwóch przypadków, obok których nie mogłem przejść spokojnie.

Wszystko mogę zrozumieć, każdy z nas ma jakieś fanaberie i upodobania, ale to co wywinęli moi sąsiedzi skwitowałem krótkim chyba was pojebało na maksa, sumienia nie macie, bo jak inaczej opisać fakt zakupienia psa razy dog niemiecki do mieszkania o powierzchni 37 metrów kwadratowych, gdzie ledwie mieszczą się cztery, cztery!!!, prawie dorosłe osoby. Głupota ludzka i chęć pokazania innym co to to się nie jest, okupione jest skowytem psa przy każdym wyjściu na dwór.

Takie maleństwo sobie kupili.
źródło: wikipedia.org

niedziela, 9 października 2016

[2]. Potop.

Ale ze mnie aparat. Dobrze, że chociaż Słodka przyjęła chłodno mój wybryk i niczym kapral bez zbędnych ka i cha pomogła mi w ratowaniu sytuacji.

Nie wiem co mnie parę chwil wcześniej dopadło, pomroczność jasna?, że z małej łazienki chciałem zrobić basen. A wszystko za sprawą tego, że pozwoliłem pewnemu wężowi zasmakować wolności. Ów wąż, za moją dobroć, odpłacił się wodotryskiem łez. Tam wodotryskiem, potokiem, litrami wody, które zalewały wszystko dookoła.

Rezultat mojego wybryku był taki, że zamiast wieczorem usiąść sobie z lampką winka własnej roboty to lataliśmy i praliśmy cały zamoczony dobytek.

[1]. Początek.

Kolejny, trzeci, i mam nadzieję, że ostatni to wybryk z mojej strony. Co tu dużo mówić pisać. Całe zamieszanie powstało za sprawą mojej osobistej głupoty. Jednak tak było najprościej. Zweryfikować pewne sprawy, zacząć się szanować, wymagać szacunku od innych i zamknąć sprawy, których nie było sensu dalej, na siłę, prowadzić.

I tyle.