Strony

środa, 26 października 2016

[9]. Na polUcji.*

Mówi się, że okazja czyni złodzieja. Niestety, ciężko z tym powiedzeniem nie zgodzić się, kiedy często-gęsto widzę jak ludzie sami, swoim zachowaniem, prowokują osobnika lepkie ręce.

W realu jesteśmy w stanie, chociażby w  sposób minimalny, zabezpieczyć swoje dobra materialne. Inaczej ma się sprawa zakupów robionych poprzez Internet. Oczywiście i tutaj nie jesteśmy bez praw, na sprzedających nałożone są pewne obowiązki i zalecenia. Jednak przepisy przepisami a życie życiem i zdarzyć się może, że trafimy na nieuczciwego kontrahenta.

Niedawno Pantera opisywała nam swoją wizytę w czeluściach u niebieskich i ciężko mi to powiedzieć, ale nasi chłopcy-radarowcy nadal traktują poszkodowanych - jak jelenia co w butelkę dał się nabić. Czy wszyscy? Tego nie wiem, ale mi trafił się taki przypadek, ale może od początku.

Sprawa miała miejsce dwa-trzy lata temu. Znajoma (z racji tego, że nie posiada i nie nie chce posiadać konta na pewnym portalu aukcyjnym) poprosiła mnie o dokonanie zakupu pewnej zabawki dla jej wnuka. Sprawy takie załatwiałem, już nie raz. Nawet Znajoma była przećwiczona w tym, gdzie i jak ma sprawdzać aby nie dać się wyrolować.
Miałem trochę pracy, goniły mnie terminy, więc ciach mach zamówiłem dla niej towar, wydrukowałem druk przelewu i w sumie zapomniałem o całej sprawie.

Po kilku tygodniach Znajoma nawiedziła mnie ponownie i zaczyna nawijkę, że towar do niej nie dotarł. Sprawdzam co i jak, dzwonimy nikt nie odbiera albo rozłącza rozmowy, piszemy maile - zero odpowiedzi. Po kilku dniach namawiam ją na zgłoszenie tej sprawy do administratora portalu aukcyjnego i na policję, gdyż tylko tak może ona odzyskać pieniądze. Tak twierdzi portal aukcyjny.

Zatem udajemy się w dwójkę do naszej komendy. Nigdy nie byłem zmuszony odwiedzić tego przybytku i wiedziałem tylko gdzie jest wejście. Moje zdziwienie było wielkie, kiedy po wejściu do gmachu przywitał mnie styl iście minimalistyczny: ławka, kawałek biurka, za biurkiem przedemerytalny-polycjant i nic więcej. Kuźwa to nie Ojciec Mateusz i komisariat jak z wystawki he he he.

Przedstawiamy polycjantowi w jakiej sprawie przychodzimy i widzę, że na pałę trafiliśmy, bo głupi uśmieszek gości na jego facjacie i... Przerywam zanim zacznie swój wywód, tłamszę qrwiszony w ustach żeby mandatu przy okazji nie zarobić i kwituję krótko a co to państwo policyjne mamy, że przez neta kupować nie można. Głupi uśmieszek szybko ginie i już służbowo wskazuje on nam okienko. Proszę czekać, ktoś podejdzie - kwituje krótko.

Mija 10 minut, piętnaście, dwadzieścia.
W tym czasie na pewno jesteśmy prześwietlani w dłuż i w szerz. Telepatycznie pobierane są odciski palców i sprawdzane w bazie Inter-winter. Badany jest skład naszych wyziewów z paszyczy, drzewo genealogiczne, pokrewieństwo z prezydentem i premierem i uj wie co jeszcze, bo ileż można czekać!!!
Chyba jakoś zdaliśmy egzamin z cierpliwości, bo uchyla się okienko 30 na 30 cm i kolejny polycjant (już z lekka wtajemniczony) zaczyna kolejną rundę jednego z dziesięciu. Pełen profesjonalizm, zero głupawego śmieszku. Kolejne proszę czekać, zaraz ktoś przyjdzie.

Wreszcieeee. Otwierają się drzwi, pani jakaś-tam coś-tam komisarz czy coś-tam prowadzi nas w bebeszony budynku. Wąskie korytarzyki, schody działają na moją wyobraźnię. Widzę zgromadzonych panów z pałami, którzy dla aresztowanych organizują między piętrami ścieżkę zdrowia.
Wchodzimy do małego biura. Szafy, szafy szafy. Ściany jak za Gierka, skromne roślinki dla ożywienia owych ścian. Taka biurokratyczna pustelnia - doopy nie urywa. Atmosfera super.
Składamy zeznania kto w jakim stopniu jest zaangażowany w całą tą aferę. Podpisujemy dokumenty i... mamy czekać na pismo.

Sprawa zostaje umorzona ze względu na niską szkodliwość, portal aukcyjny nie wypłaca odszkodowania, bo sprawa została umorzona przez prokuratora. Namawiam Znajomą żeby się odwoływała. Rezygnuje. Szkoda.

Nie ma kasy, nie ma zakupionego towaru tylko dlatego, że tym razem Znajoma nie sprawdziła opinii o sprzedającym.




_______________
* tytuł powinien brzmieć Na policji jednak spodobała mi się literówka jaką popełniłem u Pantery w komentarzu. W sumie to właśnie Pantera ową palcologię wyłapała i stąd taki a nie inny tytuł.

poniedziałek, 24 października 2016

[8]. Mam bloga.

Z goła nie powiązane ze sobą wątki, kulinarny i autorski, nasunęły do łepetyny mej myśli natrętne do tego stopnia, że spowodowały one niesamowicie rzadki jak dla chopskiego organizmu stan zamyślenia.

No to cóż takiego się wydarzyło, że aż szare komórki zerwane z zimowego letargu zawołały o pomstę do nieba.

Słodka uwielbia oglądać różnego rodzaju programy kulinarne. Zazwyczaj towarzyszę jej wirtualnie, podczas oglądania owych programów, zatopiony w ekranie laptoka lub smarkfona. Wyjątek jest jeden - rewolucja pani G. - wtedy zazwyczaj ląduję we wannie lub Lizak wyprowadza mnie na dwór.
No to Słodka ogląda program, ja oglądam ekran smarkacza. Sielanka.
Po jakimś czasie jednak czuję, że coś odrywa mnie od zaczytania, drażni moje sensory niczym bzykająca mucha o piątej nad ranem. Powoduje, że całym sobą chcę zakrzyknąć NIE!!!
Zerkam w taflę telewizorni a tam dialog między dwoma osobami: prowadzę bloga, też mam bloga... napisałeś coś na blogu po wczorajszej kolacji?, jeszcze nie, ale na pewno coś skrobnę... bal bla bla. Blog, bloga, blogu, blogowi, o blogu. Zaraz się kocimi chrupkami porzygam. 

Drugi wątek autorski to nic innego jak spotkanie z blogerem, które bardzo mnie rozczarowało. Liczyłem, że będzie to spotkanie bardziej branżowe i poruszy tematy dotyczące pisania, czerpania pomysłów, sposobu na hejterów itp. Zrezygnowałem po kilku minutach, kiedy autorka zaczęła zagłębiać się za bardzo w relacje rodzinne.

Nie cierpię takiego wywnętrzania sięOkej, okej. Sam piszę, tworzę projekty, ale trzymam się granic: sprawy służbowe, życie prywatne. Oficjalnie zakończyłem z pisaniem, nieoficjalnie piszę dalej. Nawet najbliżsi nie mają pojęcia o istnieniu Zapisek. Zdecydowałem, że tak będzie najlepiej. Nic mnie nie blokuje, nie boję się pisania, nie czuję nad głową oddechu cenzora.

Żyjemy w zwariowanych czasach. Toczy nas wyścig szczurów już od najmłodszych lat, bo im wcześniej zaczniemy to później będzie nam w życiu łatwiej. PONOĆ. Jesteśmy rządni sukcesu, szukamy kolejnych rynkowych nisz, które zapewniłyby nam lepszy byt.
Czy taką niszą jest blogowanie - medium, dzięki któremu umiemy sprzedać siebie, swój pomysł, swój produkt, swoją markę.
Czy nadal jest to moda na zaistnienie w sieci niczym reklama gumy rozpuszczalnej: Wszyscy mają Mambę. Mam i ja.

Dla mnie
pisanie bloga
to nada
odskocznia od rzeczywistości. 

piątek, 21 października 2016

[7]. Piłka.

Kucharz uszczęśliwił naszą psą zgraję prezentami w postaci piłek-jeżyków, które dodatkowo oprócz migania światełkami przeraźliwie piszczą. Los piłeczek był różny i zazwyczaj kończyły one w śmieciach rozszarpane przez ich psich właścicieli.

źródło: www.karusek.com.pl
Troszkę inaczej sprawa ma się z naszym Lizakiem. O dziwo dba on o swoje piłeczki jak o żadną inną zabawkę. Tak, tak piłeczki, bo w nagrodę za dobre traktowanie zabawki Kucharz obdarzył go kolejnym kulululu.
Piłki, zawsze muszą być odniesione do psiego legowiska, inne zabawki walają się po całym domu, ale nie piłeczki. Ich stan zawsze musi być taki sam - sztuk dwie.

Jedno co zauważyliśmy ze Słodką to to, że Lizaka nie za bardzo interesują efekty świetlne a bardziej dźwiękowe oraz to, że jedna z piłeczek jest lepszejsza od tej drugiej (żółta od zielonej). Uwielbienie to tłumaczymy sobie tym, że psy widzą kolor żółty i niebieski - ponoć?

Lizak jest na tyle zdolny, że w momencie kiedy wepchnie gwizdałkę do środka piłki a co za tym idzie traci ona właściwości wokalne to nie popuści. Łazi, piszczy, zaczepia, przynosi piłkę i znowu zaczepia i piszczy, żeby tylko mu ją naprawić.

A kiedy już naprawimy... to urządza on dla nas koncert... aż uszy więdną.

wtorek, 18 października 2016

[6]. Rzeźnik.

Lekko się dotleniłem na powietrzu i wczoraj z wieczora dopadł mnie sen, a chciałem coś napisać, coś co włos na głowie jeży nawet u łysego.

Zatem jak to było.
Z racji wolnego poniedziałku, bo akurat w sobotę musiałem nawiedzić bramy kołchozu, Słodka zaplanowała prace około-ogrodowe a i Wędkarz dorzucił swoje prace około-kominowe. Latałem jak ten utyty motyl między ogrodem a piwnicą i dogadzałem wszystkim dookoła a Lizak mi w tym wtórował.

Koło godziny poobiedniej, kiedy wszystkie pałki z kurczaka plus ziemniaki plus surówka zostały skonsumowane, rozległo się warczenie foniczne w okolicach kurtki mej zimowej. To jaśnie wielmożna komórka raczyła mnie powiadomić, że z lekka ktoś się do mnie dobija.

Możesz rozmawiać? Padło pytanie dość konspiracyjnie.
Dopadł mnie stan dzwoniącej i szepczącej, rozejrzałem się po pokoju czy aby a pewno jestem sam. Potwierdziłem cicho do słuchawki.
Bo wiesz byłam dzisiaj z Biszkoptem (kumpel lizaka) u weta i on mu wyciął to zgrubienie na grzbiecie... i robił mu to na żywca.
Słucham!!!
No mówiłam mu o znieczuleniu, a on na to, że takiemu małemu psu to co ona ma dać?, żeby spał?
Pojebało go!!! To wet jest czy rzeźnik?!! Ja pierd ole!!! Co za matoł?!!!
A wiesz jak Biszkopt płakał i piszczał? A ja z nim płakałam...
O jeżu brodaty, co to za warchoł. Jak to nie można dać psu znieczulenia albo nawet narkozy!!! Co on pitoli!!! Byłem u Szymona i widziałem jak zszywał Yorka, którego inny pies poszarpał. Kroplóweczka, znieczulenie, pies nawet nie pisnął!!!
Nawet chłopu nic nie mówiłam, ile wziął wet.
No to się qrwa zastanówcie po co wam pies!!! Pies to nie jest zabawka!!! Wziąłeś zwierzaka to dbaj o niego!!!
Bo... bo... kasy nie mamy...
Bajek mi nie opowiadaj, nowe ciuchy, zabawki, piwo dla chłopa co wieczór jest a na psa nie ma!!!
Jak bym wiedział, że tak sprawę załatwicie to bym cię zawiózł do Szymona... chociaż Biszkopt by takiej męczarni nie użył.

piątek, 14 października 2016

[5]. Trzeba się szanować.

Wreszcie piąteczek, piątello - kochane, wyczekiwane.


Niestety albo stety jest to dzień kiedy spływa do mnie masa informacji. Na większą część (część a nie połowę - połowy są równe :P) czekałem od kilku dni, ba nawet miesięcy bo odwlekane były w czasie. Ja pierdole a nie można w oczy powiedzieć co i jak!!! Qrwa nie lubię takiego mydlenia.

źródło: pictigar.com
Stwierdziłem sam do się, a Słodka w tym stwierdzeniu mnie dzisiaj poparła, że trzeba W KOŃCU zacząć szanować siebie, swój czas, swoją pracę i wiedzę. Inni na pewno tego nie zrobio, inni szukają jelenia co za nich czarną robotę odwali. Robota dla jelenia a chwała dla nich - bogufff. A zwróć takiemu uwagę to obraza taka, jakbym mu matkę zabił, żonę zgwałcił a dzieci sprzedał.

Jestem urządzeniem prostym, jak każdy chop: jedzenie, spanie, praca, sex, mycie - to ostatnie to nawet częściej niż raz w tygodniu. :D  Nie lubię gmatwać i tak już zagmatwanego życia, więc jeśli dochodzi do ustaleń - to trzymam się ich niczym uparty osioł.

Był czas na rozmowę i ustalenia
a teraz jest czas na działanie.

Ptak mnie strzela kiedy będąc przy finiszu projektu dostaję nowe wytyczne rozpidżające całe dotychczasowe prace. Nie powiem elastyczny jestem jak guma u gaci i na wiele się zgadzam, ale zazwyczaj polega to na wzbogaceniu projekty o coś, bez podnoszenia kosztów, a nie wysadzeniu go w kosmos. W sumie sam jestem sobie winny i zapominam, że jak masz miękkie serce to musisz mieć twardą doope bo i tak koniec końców kac dopada tylko mnie. 

środa, 12 października 2016

[4]. Po horrorze.

U Słodkiej w domu, jak u każdego statystycznego Polaka, na tapecie dziennej są mecze piłki nożnej. Dobrze, że chociaż Słodka swój zapał do owego sportu zakończyła na poziomie kadry narodowej i nie zagłębiła się w mecze ligi pierwszej, drugiej, trzeciej brrrr. Koniec końców mogłoby dojść do sytuacji kiedy w ferworze kibicowania pomógłbym telewizorni wyskoczyć przez okno. 

źródło: koszulkowynadruk.pl
Niestety moje na co dzień spokojne geny, w obliczu tworu zwanego piłką nożną, z prędkością światła sięgają nie dna, ale odruchów pierwotnych. W pieruny jaśniste idzie udomowione mruczenie miśka z lasu i władzę przejmuje instynkt zabójcy. Dzidy, siekiery i kur-warczenie w takiej sytuacji to chleb powszedni.

Słodka pomna na moją dysfunkcję od kilku dni przygotowywała mnie na mecze (sobotni i wczorajszy). Muzyka relaksacyjna, częste spacery bez kagańca, pyszne obiadki, kapcie na nogi, piwo w dłoń, masaż brzuszka. Normalnie sielanka. 

źródło: fishki.pl
Trzy godziny przed, wczorajszym, sportowym wydarzeniem pozwoliła mi nawet na samotny spacer z Lizakiem abym się dotlenił, zrelaksował tym z lekka kilkukilometrowym drepczeniem i przy okazji, w drodze powrotnej, nabył dla niej coś na mecz

Drepczemy z Lizakiem noga za noga, łapa za łapą. Co jakiś czas przystaniemy bo Lizak obwąchuje każdy listek skropiony przez przypadkowego psiego kolegę. Sam nogę podnosi, podlewa, daje znać innym psim kumplom, że: ja tu byłem 11.10.16 Lizak. Idziemy dalej. Lizak też z tych co meczy by nie oglądał bo z grubszą sprawą zwleka i zwleka.

Sklep. Kupujemy co trzeba i znowu noga za nogą, łapa za łapą, bez grubszej sprawy. Dopiero na alejce przed naszym domiszem decyduje się na ostateczną rozgrywkę. Widać i jemu geny pierwotne opadły do takiego stopnia, że zadziałał instynkt przetrwania, bo w sumie kto by miał z nim później iść Słodka-zafootbolowana czy Ja-ślak jaśnisty mnie trafił.

źródło: blasty.pl
Podczas naszej nieobecności, Słodka, przyszykowała się na owe wydarzenie. Kanapa wymoszczona poduchami, żeby czasami cztery litery nie ucierpiały, nagłośnienie telewizora sprawdzone, miejsce dla mnie-marudzącego przyszykowane (laptop plus słuchawki). Ot taka mała strefa kibica i anty kibica w pokoju powstała. Nawet dla Lizaka znalazło się miejsce.

W końcu wybiła godzina zero. Słodka w jednym rogu kanapy z pilotem w ręce, a w drugim z laptopem na kolanach i ryczącymi słuchawkami na uszach ja. 

źródło: butterblume.blog.onet.pl
Zarzuciłem sobie na początek jakąś muzę, po chwili kolejny utwór. Jednak co jakiś czas, potajemnie zerkam znad lapka i milczę choć w środku, aż mnie skręca. Minuty lecą, mnie coraz bardzie telepie bo tępy nie jestem i widzę, że Słodką też nosi to patrzę i  mnie unosi coraz bardziej i bardziej i... koniec pierwszej połowy. 

Druga połowa tego całego cyrku. Telepie mnie niesamowicie, ale z uporem maniaka wzrok trzymam na ekranie laptopa. Dla wyciszenia zarzuciłem sobie z neta Paranienormalni tonight aby podtrzymać powagę sytuacji. Słodka skacze, nie wytrzymuję i co chwila rzucam wołowiną aby skrócić swoje wywody do minimum - serce mam tylko jedno. Lizak puszcza bąka i wynosi się do drugiego pokoju. I znowu Słodka skacze, a ja obrywam żółtą kartkę z groźbą eksmisji do Lizaka.

1:0 wreeeeeszcieeee!!!

1:1 kurrrrrrrrrrrrraaaaaaaaaaaaaaaa!!!

Prawie 1:2 dla Armenii @&#*^$&@)((*#()&@*#(^$&*)@(*(#$)&*$(^.
Bo pójdziesz spać do Lizaka!!!

Ostatnia akcja naszych.
Jak nasi strzelą to będzie ostry seks - kwituje Słodka.

ALE ZA CO!!! CO JA CI ZROBIŁEM!!!

poniedziałek, 10 października 2016

[3]. 37 metrów w kwadracie.

Kiedyś jedna z moich kochanych poCiotek zarzuciła mi wielce treść w formacie bo ty jesteś przeciwnikiem trzymana psów w bloku. Niespotykanie spokojny człowiek (NSC) ze mnie, jedynie pewne kadry z życia spowodowały u mnie gębową ewolucję w pyszczeniu, to wypaliłem, że nie jestem przeciwnikiem posiadania psa w bloku tylko jestem przeciwko psim właścicielom pokroju debila!!!

Nie ma co, odszczekałem się poCioteczce pięknie. W sumie sama się o to prosiła, bo poCiotka to twór, który tylko szuka sposobu jak drugiej osobie dopieprzyć, ale tak żeby to jej było na wierzchu.

Powróćmy jednak do łatki jaką kochana poCioteczka, próbowała mi przyszyć. Zatem jak to ze mną jest?  Czy naprawdę taki ze mnie skończony kawałek s kur wiela, że drugiemu nie daję żyć? Myślę, że gdyby tak było to dziewięćdziesiąt osiem procent mieszkań na osiedlu świeciło by pustkami a tak nie jest.

Moje poglądy na temat psów w bloku są niezmienne od dawien dawna. Każden jeden może trzymać psa, kota, nawet teściową i nic mi do tego, bo to nie mój cyrk i nie moje małpy. Jednak każden jeden odpowiedzialny jest za czyny i zdrowie swojego pupila. I właśnie z tą odpowiedzialnością bywa różnie, i to właśnie ta głupota wywołuje u mnie fale wqrwu.

Ostatnio przez naszą dzielnię przelała się fala mody na psa. Dumnych właścicieli spacerujących z pieskami po osiedlu zalęgło się jak ulęgałek. Achom i ochom, pogwizdywaniom nie było końca. Pominę fakt zakupczenia zieleni i chodników - bo piesek jest ok a to co z pieska wychodzi już nie - i przytoczę jeden z dwóch przypadków, obok których nie mogłem przejść spokojnie.

Wszystko mogę zrozumieć, każdy z nas ma jakieś fanaberie i upodobania, ale to co wywinęli moi sąsiedzi skwitowałem krótkim chyba was pojebało na maksa, sumienia nie macie, bo jak inaczej opisać fakt zakupienia psa razy dog niemiecki do mieszkania o powierzchni 37 metrów kwadratowych, gdzie ledwie mieszczą się cztery, cztery!!!, prawie dorosłe osoby. Głupota ludzka i chęć pokazania innym co to to się nie jest, okupione jest skowytem psa przy każdym wyjściu na dwór.

Takie maleństwo sobie kupili.
źródło: wikipedia.org

niedziela, 9 października 2016

[2]. Potop.

Ale ze mnie aparat. Dobrze, że chociaż Słodka przyjęła chłodno mój wybryk i niczym kapral bez zbędnych ka i cha pomogła mi w ratowaniu sytuacji.

Nie wiem co mnie parę chwil wcześniej dopadło, pomroczność jasna?, że z małej łazienki chciałem zrobić basen. A wszystko za sprawą tego, że pozwoliłem pewnemu wężowi zasmakować wolności. Ów wąż, za moją dobroć, odpłacił się wodotryskiem łez. Tam wodotryskiem, potokiem, litrami wody, które zalewały wszystko dookoła.

Rezultat mojego wybryku był taki, że zamiast wieczorem usiąść sobie z lampką winka własnej roboty to lataliśmy i praliśmy cały zamoczony dobytek.

[1]. Początek.

Kolejny, trzeci, i mam nadzieję, że ostatni to wybryk z mojej strony. Co tu dużo mówić pisać. Całe zamieszanie powstało za sprawą mojej osobistej głupoty. Jednak tak było najprościej. Zweryfikować pewne sprawy, zacząć się szanować, wymagać szacunku od innych i zamknąć sprawy, których nie było sensu dalej, na siłę, prowadzić.

I tyle.