Strony

sobota, 31 grudnia 2016

[21]. 22:30

Powoli kończy się stary rok. Oczywiście, mimo mojego sprzeciwu, Słodka wyciągnęła mnie do Kucharza i Toja. Co roku ta sam śpiewka: ja chce zostać w domu a Słodka chce wyjść. Nawet małe starcia były o to przed świętami. Wie, że najlepiej w takie dni czuję się w domowych pieleszach. Z drugiej strony rozumiem jej chęć wyrwania się z czterech ścian.

Marzył mi się Sylwester pod kocem z lapkiem na kolanach czy książką przed nosem. Ot zwyczajne byczenie się bez żadnej spiny zwyczajne pidżama party, i co? I doopa.

Zatem siedzimy u Kucharza w pokoju. Telewizor gra, jakiś sylwester buczy w tle. Rico śpi po zaaplikowaniu uspokajającego żelu bo oczywiście jeleni nie brakuje. Walą z petard jakby ruskie granice przekroczyli. Co niektórym rzeczywistość miesza się z ze światem urojonym. Promile robią spustoszenie w szarej masie więc chodzą i huczą. Nawet w drodze do Kucharza miałem małe starcie z jeleniami, którzy rzucili petardę bo to takie fajne jak pies się chce ze smyczy urwać. Zarzuciłem kurwami w stylu pierdolnąć takiego pałą i dobić szpadlem żeby głupota się nie rozmnażała. Słodka zdołała mnie powstrzymać a jelenie tylko łby pospuszczali i spieprzali.

Niespotykanie spokojny człowiek jestem, ale na głupotę i debilizm puszczają mi hamulce i siekiera w kieszeni mi się otwiera. A jak jeszcze cierpią na tym moi najbliżsi to atomówka w plecaku się grzeje.

Mija stary rok i nie mam wielkich oczekiwań od nowego, ale o tym w następnym wpisie bo pisanie z komórki to istny sadyzm w tę sylwestrową noc.

środa, 28 grudnia 2016

[20]. Przed i po świątecznie.

Święta, święta i po świętach a mi ciężko zabrać się do pisania. Rozleniwiłem się ostatnio, chociaż przed świętami to był zapieprz. Zapieprz na całego, ale może jakoś tak po kolei poukładam.

Jak już wcześniej pisałem: Słodkiej wpadła fucha przedświąteczna. Oprócz pierniczenia domków Słodka piekła również ciasta dla znajomych. Było tego sporo, jednak nie taki wysyp jak rok wcześniej, kiedy to przez zmęczenie zaliczyłem małą kolizję autkiem. Niestety zawiódł wtedy refleks ślepego i dałem się podejść jak dziecko. Gościu szukał frajera i znalazł go. Do tego brak świadków zdarzenia i tak było na mnie. Owe autkowe kuku ciągnęło się, aż do czerwca, kiedy to spłaciłem ostatnią ratę mandatu.

Jednak nie o kraksie miało być a o przedświątecznym pieczeniu ciast. Od października bądź listopada trułem Słodkiej, że nie zgadzam się na pieczenie tylu ciast. Przecież nie samymi pieniędzmi człowiek żyje, chociaż na pewno byłoby na rachunki, oddanie długu kuzynowi czy nawet na prywatne wizyty u lekarza. Jednak trzeba się szanować...

Zatem, ledwo skończyliśmy z domkami, oczywiście pieniądze za owe cuda miały być tuż przed świętami, więc na produkty do ciast musieliśmy dokonać gwałtu na koncie i wypruć się do zera (jak dobrze, ze istnieje coś takiego jak debet).
Latanie po marketach, przeglądanie gazetek, szukanie promocji i znowu latanie po sklepach, zamawianie w sklepach, odbiór ze sklepów. KOŁOMYJA!!! 
Do kołomyi swoje trzy grosze dołożyła Toja, za którą trzeba było kupić prezenty. Ja pierdziele!!! Najlepiej powiedzieć, ze się nie wie, nie umie i umyć ręce.

Środa.
Gotowanie w mleku czterech kilogramów maku, odcedzanie i mielenie.

Czwartek.
Pobudka 4,20. O 4.30 już jestem na stanowisku, rozpuszczam masło, miód, rodzynki... zaczynam smażenie pierwszej partii maku. W międzyczasie Słodka utknęła w sernikach. I tak cały dzień. Serniki, makowce, weterynarz, karpie. Łóżko pięć minut po północy.

Piątek.
Słodka dopieszcza wypieki. Lukruje, pudruje, polewa czekoladą. Pakowanie. Telefony... i w towarzystwie Słodkiej jedziemy z pierwszą partią wypieków. Uczy się kierowca na błędach.
I tak do wieczora, jeżdżenie, sprzątanie, ostatnie zakupy.

Święta
Oczywiście, bo jakby inaczej mogło być. Każdy chce żeby do nich przyjechać, posiedzieć. Pogoda oczywiście do doopy. Zero spacerów ze Słodką i Lizakiem. Marzy nam się tylko łóżko i spanie i tak do... po-świąt.

A po świętach mam wolne, aż do Nowego Roku.
Wreszcie się wysypiam, byczę, czytam książki i w końcu udało nam się wyjść z Lizakiem na dłuższy spacer.


poniedziałek, 19 grudnia 2016

[19]. Ubrana.

Dzisiaj, jak co roku, wytaszczyłem z piwnicy wielgaśny karton. Lekko się zasapałem transportując go od od poziomu minus jeden do poziomu plus jeden. W sumie dwa piętra, dwa piętra akrobacji bo nieporęcznie się go niosło.

W drugim zejściu do piwnicznej izdebki dołączyła Słodka. Teraz mniejsze kartony wydobywałem z drewnianych, wysokich i głębokich półek. Tworu, który powstał za czasów dziadów Słodkiej.
Delikatnie podawałem Słodkiej kartony, bacząc, aby niczego nie wywalić. Jeszcze kilka akrobacji i kłódka zadźwięczała podczas zamykania drzwi. Ostatnie kilka metrów człapania i już w domu wita nas Lizak. Niestety poziom piwnicy jest dla niego niedostępny, wszędzie pełno rozłożonych trutek a z Lizakiem nigdy nic nie wiadomo. Chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe.

Zanim powróciłem z lizakowego spaceru, Słodka rozpakowała pierwszy karton i kończyła rozkładanie i układanie modelki. Teraz ja, niczym Elektron, zacząłem swoje testy na wężach. Rozplatałem je i zaplatałem ponownie na rolkach ze starych gazet aby łatwiej owinąć nimi, wężami nie gazetami, modelkę. Jeszcze chwila, mała korekta, bo oczywiście wąż skończył się z przodu a nie z tyłu, i dla mnie laba.
Reszta pracy w rękach Słodkiej.
Jak dobrze, że rozumie ona mój wstręt do tej czynności. Wstręt, który narodził się jeszcze za czasów dzieciństwa. kiedy to na siłę Wędkarz i Zaczytana zmuszali mnie do zabawy z modelką. Czasami rodzice to potrafią dziecku zrobić dobrze próbując uszczęśliwić go na siłę.

Jednak Słodka uwielbia zabawy z modelką.
Pamiętam dzień kiedy owa modelka zawitała do nas. Słodka do dziś cieszy się, ze spełnionego marzenie  z dzieciństwa - marzenia o modelce 210 cm.
Jak zwykle moment pojawienia się jej u nas to wielki przypadek. Jakaś dodatkowa kasa, nie pamiętam już skąd. Poszukiwania w sklepach, jęki zawodu, poszukiwania na aukcjach, telefony, kurier i w ciągu jednego dnia zawitała do nas.

Ostatnia wisienka na torcie należy do mnie. Ponownie rozplatam węże tym razem boa. Segreguję je od najcieńszych do najgrubszych, później kolorami. Aby już po chwili oplatać nimi modelkę. Minuta pięć i lśni w futrzanym blasku węży boa.

Jeszcze tylko sprzątnąć kartony, tym razem wędrują one na strychu. Za miesiąc znów będą potrzebne a nie uśmiecha mi się latać za nimi do piwnicy. Kiedy minie okres świąt trzeba będzie rozebrać choinkę ze świecidełek, łańcuchów, bombek i przetransportować ją z powrotem, zapakowaną w kartony, na drewnianą półkę w piwnicy.

piątek, 9 grudnia 2016

[18]. A świstak siedzi.

A świstak siedzi... bo sreberka były kradzione.
My również, jak ten świstak, siedzimy i dziergamy bo Słodkiej udało się dorwać fuchę przedświąteczną i pierniczymy sobie ostro od świtu do zmierzchu. Pierniczymy, dziergamy i uświadamiamy Wędkarza, Zaczytaną i Toja, żeby doopy nam nie zawracali... i nie dociera. Milion telefonów dziennie wyrywa nas z rytmu a jeszcze głupkowate a zapomniałam, że pierniczycie albo co robicie wprowadza mnie w stan podwyższonego ciśnienia. To na tyle.

Chociaż może nie, może poruszę sprawę około piernikową bo idzie o opakowania. Zatem kiedy już to wszystko wydziergamy to trzeba jeszcze zadbać o opakowanie i tu kolejny zonk. Nasze rodzime firmy mają to głęboko w rzyci. Zero współpracy i zero chęci do współpracy a potem płacz bo firma nierentowna i trzeba ją zamknąć.
20 km zamienia się na obszar całego kraju, bo nie pozostaje nic innego jak zamawianie przez Internet. Co za czasy!!! Teraz to już na prawdę koniec pierniczenia. 😁

Przyszła odpowiedź na moją reklamację złożoną do operatora (pisałem o tym w listopadzie i na początku grudnia). Zdziwiła mnie szybkość działania bo w niespełna dwa tygodnie się wyrobili. Ok, nie przeciągam i informuję, że wszystko jest po mojej myśli czyli anulują mi karę. W sumie wyszło na to, że to wszystko przez system. Automat odnotował nieprawidłowość (???) i wydrukował odpowiednie pismo. Zatem operator pięknie mnie przeprosił i obiecał poprawę. W sumie to chyba się bali, że prezentów na święta nie dostaną. 😁

Jest dobrze, doooobrze, ale już tak nie słodzę bo coś moje ząbale się buntują. Na oko wszystko jest okej, ale od zębiszczy jest dentysta a nie okulista.  Czasami wieczorem jak zaciupie to wyłbym do księżyca. Oby do poniedziałku.


niedziela, 4 grudnia 2016

[17]. Mrówka i to nie z PSB.

Pędzi ten czas jak po laxigenie. Nie dawno była środa a już niedziela prawie się kończy. Normalnie zapieprz na całego. We firmie, w domu plus obsługa dzieci 60+.

W czwartek momentami nie wiedziałem gdzie ręce włożyć. Pisałem reklamacje do byłego  operatora bo to co on wyliczył, to się w głowie nie mieści. Rachunkowość jak w Ranczu Wilkowyje - pełna liczb urojonych. Zatem w czwartek pisałem pismo a przy okazji zasięgałem rady Czerwonej, bo ostatnio ona przerabia wiele spraw z różnymi urzędami i firami więc jest w temacie co, jak i gdzie piszczy,

Pisanie pisma przeplatało się  ze sprawami firmowymi i pracami dodatkowymi. Pulpit komputera zasrany był milionem okienek i do dzisiaj nie wiem jak to wszystko ogarnąłem, ale może po kolei.

Zatem pisze pisemko, przy okazji przenoszę stronę www znajomej do innej firmy hostingowej (dla mniej wtajemniczonych to taka firma, która pozwala na umieszczenie strony internetowej, dla nas bloggerów jest nią gugiel) bo można zaoszczędzić trochę grosza i mieć lepszą opiekę. Przenoszenie plików poszło szybko, gorzej z domeną czyli adresem strony (dla mniej wtajemniczonych adres strony - domena - to na przykład zapisckinsc.blogspot.com), który również chcieliśmy przenieść, ale jak obecny usługodawca dowiedział się o co nam chodzi to się wypiął. Sami se radźta. Zatem piszę z jednymi i drugimi od stron. Jedni chcą pomóc, drudzy strzelają głupa. W końcu coś drgnęło i już się sprawa rozwiązuje...a tu Szefu wpada i macha pismem, żeby mu zeskanować i na stronę firmową wrzucić na cito. Więc tłumaczę, że zrobię tylko to trochę czasu zajmie i nawijam o wytycznych, co i jak ma wyglądać, żeby strona była dostępna dla osób niepełnosprawnych. Szefu oczy robi coraz większe, ale w końcu się poddaje i mówi rób tak żeby było dobrze. 

W międzyczasie odbieram pierdylion telefonów, że artykuły-sprawozdania już napisane czekają na moderację i opublikowanie, bo weekend blisko a jak weekend to Szefu sprawdza jak pracują poszczególne filie firmy. Kuwa było tyle czasu a każda z placówek firmy czeka na koniec tygodnia!!!

Zapierniczam jak ta mrówka. Odbieram telefony, skanuje, drukuje, odpisuje i organizuje sobie pracę bo w piątki to ja pracuję w domu. Tak jakoś udało mi się to z Szefu załatwić, że otrzymałem firmowego lapka ze wszystkimi programami i dziergam wszystko w chacjendzie będąc łonlajn i łontacz.

Niestety Szefu wpada po raz kolejny. Tym razem panika w jego oczach, aż mnie przeraża, bo nie wiem co mnie jeszcze czeka a telefony nadal gwałcą ciszę. Szefu wywala, że potrzebuje lapka na konferencję naukową a on nie ma, bo jak ma sobie kupić tylko po to żeby stał i się kurzył to woli pracownikowi kupić do pracy. Nie ma co, oddaje swój lapek przy okazji wszystko mu ustawiając, żeby tylko kliknął i było. Przy okazji przesyłam wszystkie dane w chmurę, bo jutro czeka mnie ciężki dzień.