sobota, 16 grudnia 2017

Słomiany wdowiec

Słomianym wdowcem zostałem.
Porwało no Połówkę na strażacką wigilię - jakbym nie wspominał to Połówka zaczęła się w straży udzielać i ogarniać im całą dokumentację, bo rence i nogi opadajo.
Zatem siedzę w domu. W międzyczasie byliśmy z Lizakiem  na spacerze i teraz każdy ma chwilę dla siebie, tzn. ja piszę a Lizak chrapie w pokoju obok.

W końcu wyrwaliśmy się z piernikowych domków. Każdy, któren chciał, otrzymał domek a my mogliśmy ogarnąć domowe czeluści. Dobrze, że podobny cyrk dopiero za rok.


W międzyczasie odbyło się otwarcie biblioteki dla dzieci i mogę się pochwalić wreszcie czym byłem zawalony. Twierdzili wszyscy dookoła, że się nie da z grafiki wielkości 20x20 cm zrobić 50x70 cm. Normalnie brawo ja.


 Do tego wszystkie napisy, oznaczenia graficzne, wszystko to wychodowały moje rączki. Nawet szefu oczy zrobił jak zobaczył. Skwitowałem mu to krótko: mój ojciec zawsze mawia, że jak masz głowę i to drugie to kombinuj. Aha mamy pozwolenie od ilustratorki na wykorzystanie jej grafik. :P
Pokazuję tylko te zdjęcia bo ludzisk było sporo i jestem już umówiony na sesję bezludziową.


Wreszcie i do nas zawitała zima. Zawitała i spierniczyła w locie jak zobaczyła bajzel na osiedlu, bo osiedle się remontuje o czym już wspominałem. Zanim napisze o bajzlu to dla osłody kilka zimowych zdjęć.

Widok przed moim blokiem. Trzeba oczy nacieszyć bo tutaj będzie asfalt.



Lizak bardzo dzielnie z nami wędruje.
Połówka z przodu.


Zabawa ze śniegową kulką.


To tyle. Idę korzystać z przywilejów słomianego wdowca.

czwartek, 7 grudnia 2017

Gupota lócka

Takiego poziomu wqrwu, jak wczoraj, dawno nie osiągnąłem.
Okres przedświąteczny to dla nas ostry zapieprz w kuchennych czeluściach. Połówka wypieka domki z piernika, ja w międzyczasie robię za przedstawiciela handlowego i zbieram zamówienia, a potem razem - niczym świstaki - zawijamy sreberka budujemy osiedle spierniczonych domków.

Roboty przy tym jest kupę, często przypłacone bolesnymi poparzeniami rąk Połówki od karmelowego kleju. Nic to, zaciskamy zęby i robimy dalej bo czekają rachunki i kredyty do zapłacenia, leki do wykupienia i coś tam jeszcze trzeba odłożyć na kolejne wizyty lekarskie - prywatne oczywiście.

Najbardziej w tych dniach możemy liczyć na najbliższych. Ulatniają się niczym kamfora, nie dzwonią, nie odwiedzają ze strachu, że może zagnamy ich do pracy. Od czasu do czasu tylko słyszę ich stękania jacy to oni biedni bo pieniędzy nie mają chociaż w szafie, obok kurtki kupionej miesiąc wcześniej, pojawił się nowy płaszcz a w kuchni trzecia szafka pęka od toreb z lekami - kolejnej partii bo dwie wcześniejsze już leżą od miesiąca. Trzeba zrobić zapas, po nowym roku leki zdrożeją, albo będzie wojna - dodaję w myślach.

A my nadal składamy osiedle nie pomni na stękania. Połówka klei domek z części, które jej szykuje. Złożone domiszcza wynoszę do pokoju, gdzie w spokoju karmelowe spoiwa stygną. Później lukrowanie i znów odpoczynek - lukier musi stwardnieć. Następnego dnia układamy piernikowe domku na tacki i pakujemy w celofan. I WŁAŚNIE O CELOFAN POSZŁO.

Oczywiście celofan ciągniemy z drugiego końca Polski, bo u nas w city nic się nie opłaca, a jak już jest to cena grobowa. Zatem zakupiłem ów celofan, wybrałem opcję do paczkomatu i czekam na esemesa z informacją o możliwości odbioru przesyłki.

Przedwczoraj wielce szanowny przewoźnik poinformował mnie, że już za chwilę będę mógł odebrać paczuszkę, bo już pan kierowiec wiezie ją do paczkomatu - była godzina 9:28. Dzień sobie mijał - trzynasta, czternasta, piętnasta - i już wiedziałem, że jak nic sprawa odbioru paczki przeciągnie się do dnia następnego.

Wczoraj rano, zaraz po drącym się alarmie, rozdarła się komórka z informacją o możliwości odbioru przesyłki. W drodze do tyrki, przesiadłem się z jednego autobusu do drugiego i pomknąłem do paczkomatu, bo niestety musiałem odbić z głównej trasy.

Lecę do ustrojstwa, monitoruję  czas żeby na kolejny autobus zdążyć. Macam komórkę, znajduję kod QR, przykładam do czytnika i doopa. Nie mam takiej przesyłki - informuje mnie urządzenie. Wklepuję kod z palca błędny kod. Zaczynam się powoli jeżyć bo czas mi ucieka a cholerstwo nie chce mi wydać przesyłki.

Zerkam w esesmana. Może źle kod odczytuję czy jak? Zerkam, zerkam i nie chce wierzyć w to co widzę.

Paczka jest do odpbioru
w paczkomacie
w drugim końcu miasta!!!

Opieprzam się w myślach, bo pewnie chciałem ten paczkomat a wybrałem ten, do którego kiedyś było mi po drodze. Zerkam w maila z informacją o zamówieniu i widnieje jak byk, ze wybrałem dobrze PACZKOMAT A a nie B. To ciekawe czemu paczka znalazła się gdzie indziej? Sprawdzam drogę jaką przebyła przesyłka i bingo. Mam gagadka to kurier woził cały dzień paczkę i przypomniał sobie o niej o 23:38 więc pierdyknął ją tam gdzie ma bliżej i niech się klient buja - bo co mu zrobi. 

A spierniczony domek wygląda tak.


środa, 6 grudnia 2017

Złota Góra

Od przeszło tygodnia tak mnie zawalono robotą, że po powrocie do domu nie marzy mi się dalsze wpatrywanie w komputer. W sumie to i tak się wpatrywałem, bo mały projekcik blogowy (już go widać) zaprzątał mi mózg.

Ogólnie to nie ma o czym pisać. W domu spokój, o ile szaleństwa wypiekowe Połówki można nazwać spokojem. Rico też spokojny. Szykujemy się na grudniową wizytę szczepienną przeciwko wqrwiźnie. Tak zamyślam sobie, że i mnie przydała by się jakaś szczepionka przeciwko goopocie ludzkiej, bo ostatnimi czasy odegnać się od takiej nie mogę.

Dla ukojenia nerw, z czeluści wspomnieniowych, wybrałem naszą sierpniową wędrówkę na Złotą 
Górę.

W paśmie tzw. Wysoczyzny Turkowskiej (miasto Turek) wznosi się Złota Góra – szósta w Koronie Wielkopolski i jednocześnie najwyższa w powiecie konińskim. Na jej zboczach utworzono rezerwat o nazwie „Złota Góra” mający chronić teren o wyjątkowych walorach przyrodniczych i krajobrazowych. Rezerwat porasta las dębowy i mieszany gęsto poprzetykany sosną oraz jałowcem. Drzewa przyjmują tu nieraz bardzo fantazyjne formy.



Na szczycie Złotej Góry, wznoszącej się na około 190 m n.p.m., ustawiono wieże widokową wysoką na 30 metrów.


Wieża wybudowana jest na planie trójkąta z przywiezionego z gór drewna daglezjowego. Aby dostać się na platformę widokową trzeba pokonać 140 stopni. Trójkątna wieża ma w każdym narożniku (będącym jednocześnie załamaniem linii schodów) niewielką galeryjkę wypoczynkową.

Trzy galeryjki wypoczynkowe.
No i tyle to by było zachwytów na temat wieży. Dotarcie do niej sprawiło nam wiele kłopotów, chociaż znajduje się ona w odległości 25 km od naszego miejsca zamieszkania. Ustawiony GPS poprowadził nas przez las (leśną drogę), w którym oczywiście odbywała się wycinka drzew. Zawrócenie auta w lesie i powrót na asfaltową drogę można zaliczyć do cudu a wystarczyło tylko zamieścić przed wjazdem do lasu jakąkolwiek informację.

Dopiero wjazd od drugiej strony, powolna jazda i wypatrywanie jakiegokolwiek informacji przypłaciliśmy sukcesem.  Maleńki znak wskazywał nam kierunek wędrówki. Weszliśmy w las. 
Zrobiło się ciemniej, powietrze było duszne i tylko Rico był w swoim żywiole bo wreszcie mógł się wyszaleć do woli. 

Do wieży trafiliśmy przypadkiem, bowiem żadnej strzałki informującej o kierunku marszu nie znaleźliśmy. Po pokonaniu kilometra, z daleka, dojrzeliśmy jakąś wieżę. Okazało się, że jest to dostrzegalnia przeciwpożarowa. Prawie zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki bo duchota i wilgotne powietrze powalały. Do pokonania został nam jeszcze jeden zakręt i przeświadczeni o fiasku naszej wędrówki stwierdziliśmy, że jak tam nic nie będzie to wracamy

Dostrzegalnia przeciwpożarowa
widziana z wieży widokowej.

Za zakrętem zamajaczyła nam palisada wierzy. Jeszcze tylko dwieście metrów i będziemy u jej stóp. Połówka zrezygnowała z wspinania się po schodach. Natomiast mnie interesowały zdjęcia z góry a i Rico zamarzył sobie wspinaczkę. 
Pokonanie stu czterdziestu stopni minęło szybko, musiałem tylko co chwilę uważać na psiutę bo ta z chęcią wyściubiała nosa zza galeryjki. 

Nawet drzewa rosną niżej.

Na samej górze odezwał się mój lęk wysokości. Nie podchodząc do barierek, pstryknąłem fotki, niestety widok mnie rozczarował. Wspomniana duchota i wilgotność powietrza pokryły teren mgłami. 






Wieża się trzęsła pod naporem mojej wagi, nogi mi się trzęsły bo wieża się trzęsła. Pstrykałem na ślepo z nadzieją, że jednak jakieś fotki wyjdą. 

W drodze powrotnej minąłem kolejną grupkę zapaleńców z aparatami... szczęśliwy poczułem twardy grunt pod nogami.

I to tyle.

czwartek, 30 listopada 2017

Kurtka na zimę

Wreszcie się udało. Po czatowaniu na stronie sklepu, po wojnie z kurierem, który nie chciał przyjąć zwrotu, po ponownych zakupach i wqrwianiu się na tempo obsługi - paczka szła do mnie siedem dni z czego przeszło dwie doby spędziła w oczekiwaniu na kuriera, który miał ją odebrać ze sklepu. Ehh...

Myślałem, że i tym razem powiem do trzech razy sztuka, kiedy Połówka do mnie zadzwoniła z informacją odebrałam kurtkę i wydaje mi się za duża. Z tego wszystkiego zamówiłem jeszcze rozmiar mniejszą, załatwiłem kasę na opłacenie jej - jakby nie było przeszło osiem stów miałem już zamrożonych w sklepie za wcześniejszy i obecny zakup, i stwierdziłem, że ostatecznie poczekam z odsyłaniem przecież mam 30 dni. Oni mogli zwlekać z obsługa to mogę i ja.

Pierwsza przymiarka w domu i kicha. Jak nic kurtka za duża. Ja trzy-iks-elek się wstąpiłem czy jak? A może wymiary kurtki z kosmosu? Jak szybko ją ubrałem tak szybko włożyłem do kartonu z zamiarem odsyłki.

Druga przymiarka, w obecności niespodziewanego gościa, który stwierdził, że kurtka dobra. Przeglądam się w lustrze no i widzę, że nie leży to-to jak trzeba. Poczekam na ocenę Połówki.

Trzecia przymiarka już w obecności Połówki. Wyregulowałem ściągacze, ubrałem się tak jak się będę ubierał. Lukam w lustro, kurtka leży jak trzeba, są luzy ale zimówka musi mieć luz - w sumie taki sam jak i w starej kurtce. Kurtka zostaje.

Miała być, jak to pięknie określiła Pantera, samojebka, więc jest.

 



wtorek, 28 listopada 2017

Ruszyła modernizacja osiedla

Pamiętacie jak dwa lata temu toczyłem bój o osiedlową zieleń, która miała być w większości zlikwidowana na potrzeby miejsc parkingowych. Kreśliłem nawet miejsca, które mają być zlikwidowane, a o które toczę bój - dla przypomnienia grafika.

kolor żółty - w przyszłości parkingi częściowa likwidacja zieleni;
kolor zielony - likwidacja zieleni,
właśnie o to miejsce walczę;
kolor czerwony - miejsce przesunięcia parkingu
bez większej szkody dla zieleni...
W kwietniu tego roku, w końcu, ludziska się obudzili, bo jednak ilość drzew jakie mają iść pod topór drastycznie wzrosła. Mimo całej mojej walki, mimo zapewnień przez architektów, że zmienią plany i uwzględnią nasze uwagi. Nic się nie zmieniło! DOOPA DOOPA DOOPA!!!

kolor czerwony - miejsca wycinki drzew
Ruszyło zbieranie podpisów, pisanie petycji o uchronienie chociaż części drzew (dwa prostokąty od góry) bo tak to czeka nas asfaltowa pustynia. 

Teraz drzewa są potrzebne 
a przecież dwa lata temu 
byłem idiotą, głupkiem, narwańcem.

Czy ten ostatni zryw coś dał? Nie mam pewności, ale myślę że nie. Widać to po pierwszych pracach.

kolor czerwony - pierwszy etap prac

Ludzie robią oczy. Nie dowierzają, nawet przyjezdni żałują drzew i zieleni. Negatywnie podchodzą do całej sprawy. A mieszkańcy co? Nic, mają to głęboko w siedzeniach. Zobaczymy czy nie zmienią zdania jak przyjdzie upał i będzie brakować cienia.

Zamieszczam kilka zdjęć ku potomności.  




środa, 22 listopada 2017

Złote gody

W połowie października, wspominałem o naszych przygotowaniach do rodzinnej imprezy i małych komplikacjach, he he he. Czegóż innego jak komplikacje mógłbym się spodziewać po naszym mieście. Niby wszystkiego jest w bród, ale jak się zacznie szukać to nie ma nic a jak już jest to cena zabija.

Słodka w poszukiwaniach kreacji obskoczyła wszystkie sklepy. W jednym przymierzyła trzydzieści sukienek i nic nie udało się jej wybrać. Nie wspomnę ile przy tym się nabiegałem, bo Słodka w przymierzalni a kreacje ja donosiłem. Pod koniec poszukiwań między wieszakami nawet obsługa zaczęła mnie unikać, chowając się po kątach, chyba dlatego, że nie potrafili nas zaspokoić. Dopiero w sąsiedniej miejscowości udało się Słodkiej nabyć sukienkę.

W międzyczasie załatwialiśmy sprawy prezentu. Jubilaci stwierdzili, że nic nie chcą, dla nich liczy się nasza obecność. Jednak głupio tak jechać z pustymi rękoma, o czym pomyśleli również inni, widać to było podczas składania życzeń. Coś trzeba kupić, tylko co? Sprawę rozwiązała Słodka, która ma głowę do takich spraw - wiadomo kobieta. Ja tam był flaszkę kupił i kwiaty - jak to chop, he he he. Padło na karykaturę - okolicznościowy obraz.

Nowe poszukiwania, tym razem kogoś kto nam taką karykaturę zdzierga. Wujek Gugiel, wypluł tysiące rozwiązań, ba nawet całe strony z projektami, z kontaktami i z cennikiem, który nas szybko sprowadził na ziemię. Dopiero poszukiwania na allegracie przyniosły rezultaty i w niespełna dwa tygodnie otrzymaliśmy gotową pracę. Jeszcze tylko zakup ramki i voilà.


Prezent już czekał, jeszcze tylko kartka okolicznościowa. Się Wędkarzowi i Zaczytanej postawiłem - nie kupujcie tego barachła ze sklepu - sam zrobię!!! Dwa dni siedziałem, dłubałem i wydłubałem.

Przód i tył

środek

Tak przygotowani, w kreacje i prezenty, spokojnie mogliśmy oczekiwać imprezy.

Impreza była super, co niektórym koparki opadły jak zobaczyli Połówkę w kreacji. Ach ta kochana Rodzinka, w łyżce wody by człowieka utopili. Czego to zazdroszczą? Chyba tej cały pracy jaką wkładamy w to żeby coś mieć, ale pomińmy tą miłość braterską i niech przemówi obraz.

Pięćdziesiąt lat minęło. 
Okolicznościowy tort - nie, to nie jest dzieło Słodkiej
Oto Połówka, Słodka, Młoda
w całej okazałości.
Oto my: Połówka i Balum

wtorek, 21 listopada 2017

Zagadka z odkurzaczem

Poprzedni tydzień, swoją upierdliwością, dał nam/mi do wiwatu.
Zaczęło się od poniedziałku, wtorku i tak plotło się do soboty. Myślałem, że tylko ja znalazłem się na celowniku losu, jednak po małym, piątkowym, zamieszaniu w laboratorium, bo gdzieś faktura za badania im wsiąkła. Po kolejnej wizycie w owym laboratorium usłyszałem od szefa placówki niech ten tydzień już się skończy.

źródło: klik
Na koniec piątkowego dnia coś się ze spłuczką porobiło i zamiast trzymać wodę w zbiorniku to olewała sedes. Stwierdziłem poetycko pier*ole nie robię! Zajrzałem do niej w sobotę - wystarczyło tylko przepłukać wnętrze zbiornika - widać jaką źródlankę spijamy.
Zadowolony, że po raz kolejny zostałem bohaterem domu, zabrałem Lizaka na spacer.

Lizak, mądry psiak, wyczuł, że mnie zmęczył ten tydzień i wzorowo szedł. Obyło się bez nawoływania, opiórki, nawet w stronę łąki dał się zaciągnąć.
Wracamy do domu... a tu Słodka od drzwi.

Spłuczka popuszcza,
odkurzacz się zepsuł.

źródło: klik
Nie będę się nerwował. Nie będę wyzywał. JEST WEEKEND!!!
Czyszczę ponownie spłuczkę - jest szczelnie nie szcza. Zaglądam do odkurzacza. Mruga diodami i nie ciągnie. Wyłączam, włączam to samo wiuuuuuuuuu... i cisza mrugająca diodami. Sprawdzam worek, filtry, włączam - wiuuuuu i cisza z diodową dyskoteką. ZARAZ TO PRZEZ OKNO WYPIER*OLE!!!
Kucharz pożyczył nam swój wciągacz podłogowy. Nasz poszedł do niego na kanał z rozeznaniem zajrzę do niego później.

Wieczorem idziemy trójcą - Słodka, Lizak i ja - naszą ulubioną trasą. Już pod koniec wędrówki rozmowa schodzi na nasz wciągacz pokojowy.

SŁODKA: Ciekawe czy Kucharz zajrzał do naszego odkurzacza?
JA: ...ale jak go włączyłaś to coś rąbnęło i przestał działać, czy jak?
SŁODKA: Nie, no. Włożyłam tylko wtyczkę do gniazdka i tak mrugał.
JA: ...O KUR*A!!! Już wiem co go boli. Ostatnio mi się zawieszka na szczotce wyłamała, kiedy odkurzacz był w stanie czuwania i pewnie ten kawałek plastiku wciska włącznik uśpienia.
SŁODKA: I nie wyciągnąłeś?!!!
JA: No przecież odkurzał.
SŁODKA: Dzwonię do Kucharza, może go jeszcze nie rozkręcił.

źródło: klik
Odkurzacz działa, wystarczyło wyjąć ten mały kawałek pierdolnika, który utknął w miejscu gdzie można zaczepić szczotkę (czerwona strzałka) i uśpić odkurzacz bez wciskania wyłącznika.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Jeż w ogrodzie.

Listopad rozpanoszył się na dobre, taki listopad od Pantery. Jest szaro, buro, wieje po kielecku, depresyjna pogoda.

Przeglądając czeluścia smarkacza natrafiłem na zdjęcia sierpniowego jegomościa, którego spotkaliśmy podczas pracy w ogrodzie. Zobaczcie sami.

Rico z daleka obserwował
co będzie się działo z jego
żółtym fru fru



Rico spojrzał na jeża z daleka,
Fru fru  bezpieczne więc się nie ruszam.


[EDIT]
Kurier wiezie, prawie po tygodniu od zamówienia, mniejszą o dwa rozmiary kurtkę. Trzymajcie kciuki, żeby była dobra bo w starej zimówce przy takim wietrze... brrr.

czwartek, 16 listopada 2017

Grzeczne dziecko

Zwrot do sklepu dotarł, uff. Chociaż to udało się załatwić bez zgrzytów. Pozostaje teraz tylko czekać na zwrot gotówki. Wreszcie skołatane nerwy mogą odpocząć. Dla rozluźnienia, dzisiaj coś lekkiego taki chillout, dialog Znajomej, jej trzyletniej wtedy córki i Staruszki na przystanku autobusowym.

CÓRKA: (przytula się do Znajomej) Mamusiu, kocham cię.
ZNAJOMA: Też cię kocham.
STARUSZKA: Boże jakie to dziecko jest grzeczne.
CÓRKA: (zerka na swoje buty) O! Sznurowadło mi się rozj*bało!
STARUSZKA: mina Staruszki - bezcenna 

źródło: klik

środa, 15 listopada 2017

Wtorkowe potyczki z kurierem

Przedwczoraj krakałem, krakałem i wykrakałem - wtorek postanowił być nie gorszym od poniedziałku a nawet przebić go w upierdliwości.

Myślałem, że mój biletowy wqrw załagodzi dostarczona przez kuriera przesyłka. Niestety. Mimo studiowania tabeli rozmiarów, na stronie sklepu, kurtka okazała się ogromna. Nawet takiego rozmiaru nie było w ich zestawieniach.

Dobre jest tylko to, że za zwrot nie musiałem płacić. Wystarczyło oddać przesyłkę do punktu, z którego kurier maił odebrać paczkę. Opcja ta pozwalała na szybszy powrót gotówki i ponowne polowanie, tym razem, na mniejszy rozmiar.

Zatem uszykowałem dokumenty, kurtkę, naklejkę zwrotną, udałem się do punktu i... zaczęły się  schody:

  • punkt przyjmie paczkę, ale kurier jej nie chce odebrać bo nie ma zlecenia na usługę,
  • dzwonie na infolinie sklepu - paczka ma być odebrana bo oni mają podpisaną umowę i kurier nie robi łaski,
  • punkt przyjmie bez problemu tylko co z tego, że oni wezmą paczkę, jak kurier jej nie odbierze,
  • wracam do pracy - myślę jak to załatwić, zaczyna mnie telepać - widzę, że bez siekiery się nie da,
  • dzwonie na infolinię firmy kurierskiej, mówię co i jak a paniusia mi wylatuje z kolejnym numerem telefonu i tam mam dzwonić, bo ona nic więcej nie może pomóc,
  • dzwonię pod kolejny numer i wywalam po raz en-ty sprawę,
  • jest przełom, proszę odwieźć paczkę do punktu, na tej trasie jest nowy pracownik i jeszcze nie ogarnia wszystkiego,
  • wracam do punktu oddaję paczkę i znowu klocki z potwierdzeniem odbioru, bo obsługa nie chce jej podbić,
  • ryczę, że nie zostawię towaru za taką kasę i nie pójdę się bujać żeby po kilku dniach się przekonać, że paczka uj wie gdzie jest!!! 
  • wreszcie otrzymuję pokwitowanie.
A dzisiaj do pracy wziąłem dzidę... i  nikt nie próbował zawracać mi doopy głowy.



źródło: klik

poniedziałek, 13 listopada 2017

Batalia o bilet

Mówią, że jak zacznie się poniedziałek taki będzie cały tydzień. No za bardzo nie uśmiecha mi się taka mieszanka wybuchowa i rzucanie ujami na prawo i lewo

Miało być spokojnie i przyjemnie a wyszło tak jak zawsze. O wszystko trzeba walczyć i mieć się na baczności bo każdy chce cię tylko w konia zrobić, ale może od początku.

Pamiętacie sprawę mostu i darmowych przejazdów - pisałem o tym na początku listopada. Otóż darmowa komunikacja się skończyła - o czym powiadomiono ludzi na lokalnym portalu 11 listopada!!! O dziwo na stronie MZK brak jakiejkolwiek informacji.

Skończyło się, to się skończyło. Trzeba było ustalić teraz o ile przedłuży mi się bilet. Liczenia za dużo nie było bo:

  • darmową komunikację wprowadzono 23 września,
  • bilet miałem wykupiony na okres 4 września - 3 października 2017 - czyli licząc od daty wprowadzenia darmochy do końca ważności biletu - wychodzi 11 dni,
  • kolejny bilet zakupiony 31 października był na okres 2 listopada - 1 grudnia. W tym czasie darmocha była przedłużona do 12 listopada, więc zrobiło się dodatkowe 11 dni,
  • czyli 11 dni za pierwszy bilet plus 11 dni za drugi bilet daje nam dodatkowo 22 dni i o tyle powinien być przedłużony bilet, którego ważność przedłuża się z 1 grudnia na 23 grudnia.
To co mi wydawało się proste i logiczne takie samo nie było dla kasjerki. 
Zaczęła sprawdzać, niuchać czy to są moje bilety - chociaż opisane. Kreślić, stemplować i na końcu okazuje że ważność biletu została przedłużona do 12 grudnia.

Miał być 23 a zrobił się 12 grudnia???

Mówię kobiecinie, że źle policzyła, źle pozmieniała daty na bilecie. A ona swoje, że dobrze. Kolejka za mną duża, bo gościu przede mną zmieniał daty na sześćdziesięciu biletach. Nie wiem skąd je miał, bo na rozpłodowego królika nie wyglądał. Spasowałem

Jadę i myślę, oj nie podoba mi się sprawa dat na biletach. Zerkam w pracy i jeden bilet mam ważny do 23 listopada a drugi mam ważny od 2 listopada do 12 grudnia. Bilety się dublują.

Dzwonię do sekretariatu MZK i zapytuję kto odpowiada za kasjerki bo one liczyć nie umio, a tu baba z paszczem, że ona od tego nie jest, sypie mi numerem i rzuca nie przełączę pana, musi pan dzwonić. Noszzz qrw mnie chwycił.

W końcu się dodzwaniam do gościa od kas. Spokojnie tłumaczę mu o co chodzi, jakie mam daty na biletach a on ja nie mam czasu ani jak zapisać to musi pan sam. PIĘCIU MINUT PAN NIE MASZ!!! PRZECIEŻ TŁUMACZĘ!!!

Uwolnił gościu bestię!!!

Ryk pomógł, gościu spuszcza z tonu. Cztery razy mu tłumaczyłem o co chodzi. W końcu chyba coś tam zaczyna trybić a to Pan ma trzydziestodniowy. Nie to źle Panu wypisała. Ten jeden jest ok a ten drugi nie od 2 a od 24 listopada i w sumie 30 dni się panu należy bo 22 dni zaległe i 8 dni różnicy na bilecie.

Można? Można!

Wracam do Kasjerki. Tłumaczę, że daty się nie zgadzają bo bilety się dublują. A to pan, bo ja każdy bilet z osobna policzyłam a one przecież do jednej osoby należą. Przecież Pani już to sprawdzała - kwituję krótko.
Patrzy na bilety i stwierdza to ja nowy wystawię bo tu już nie ma gdzie kreślić.

WTF

Drugi bilet był lepiej pokreślony,
jednak został zabrany...

...i dostałem nowy.

[EDIT]
Przyszła kurtka i jest oczywiście za duża. W rozmiarówce na stronie jest max 158 w klacie a w rzeczywistości 172 cm. 
Idę się zastrzelić.