Strony

sobota, 23 września 2017

[43]. (nie)Grzybobranie.

Wczoraj, mimo pochmurnej pogody, udaliśmy się do lasu. Lizak ów wyjazd przyjął z wielkim entuzjazmem, bo lepiej biegać po lesie na luzie niż między blokami na smyczy. Obskakiwał nas a ogon prawie mu się urwał od merdania. 

Do lasu podjechaliśmy aftkiem.  Lizak już z daleka dojrzał wjazd do lasu i miejsce gdzie zostawiamy aftko. Dawał upust radości piszcząc co chwilę. 

Las przywitał nas ciszą. Uwolniony Lizak szalał po głównej drodze, niestety to nie leśny trakt a droga wysypana tłuczniem, która prowadzi do osiedla nowych domków jednorodzinnych.

Okres grzybobrania jest w pełnym rozkwicie to i boczne ścieżki są wydeptane i zdatne do używalności. Dlatego, ku radości Lizaka, wybraliśmy jedną z nich i zatopiliśmy się w leśnym gąszczu. Jak grzybobranie to i grzybów było co niemiara.

Pierwszy okaz znaleźliśmy zaraz po wejściu do lasu.


Ot zagadka. Przy bocznej dróżce Słodka znalazła takie coś. Z wyglądu przypomina kopyto, z drugiej strony też jak kopyto. A może to huba.


Obrodziło grzybami, że ho ho ho. Pomny na stwierdzenie, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre raz w życiu zacząłem zbierać je ostro aparatem.




Trafiały się okazy o ogromnych kapeluszach. Ich średnica dochodziła do trzydziestu centymetrów.



Inne zaskakiwały miejscem swojego występowania.




Nad wszystkim czuwał stróż lasu w okularach.


Wędrówka po lesie trwała prawie dwie godziny. Lizak po powrocie do domu zległ jak małe bobo i spał kilka godzin.


Więcej zdjęć możecie znaleźć na moim drugim blogu: postscriptum-fotoblog.

wtorek, 19 września 2017

[42]. Na przekór pogodzie w mieście Uć.

Jak już pisałem Panterce wszystko musi nabrać mocy sprawczej - jak to u chopa

Chęć spotkania się z Panterą, w realu, zrodziła się w mojej głowie już wcześniej. Niestety, zawsze jakieś coś krzyżowało moje plany wyjazdu i pozostawało puste do następnego razu. Tym razom jednak stanąłem okoniem i nie było zmiłuj. Postawiłem niebo i ziemię na nogi. JEDZIEMY I BASTA!!!

Z niebem mi nie wyszło. Nieboskłon dąsa załapał i olewał świat od rana dość soczyście. W czwartek od szóstej byliśmy na nogach razem ze Słodką. Słodka szykowała słodkie do podróży, się szykowała, mnie goniła do szykowania się. 

Cały czas padało, lało, siąpiło i niesamowicie wiało. W sumie to piździło a nie wiało. Dopadło mnie lekkie zwątpienie. Nie jedziemy wyrwało mi się w kierunku Słodkiej. W tym momencie Słodka niczym Mickiewicz lub Słowacki (do wyboru) w poetycki sposób wyraziła swoje zdanie co sądzi o moim nie jedziemy.

Dobrze, że tym razem nie stanąłem okoniem i do Słodkiej, bo im bliżej było nam do miasta Uć to coraz mniej padało. Niestety we wrześniu w mieście owym wszystko się serwisuje. Palmiarnia, Planetarium nieczynne. Do Zoo strach było jechać bo niech coś z nieba zacznie lecieć. Fajnym rozwiązaniem była Makulatura (propozycja Pantery) bo i parking od Liroya za darmo i toalety, i jest co zjeść, i jest co wypić.

Już z daleka wypaczyłem Panterę - stała w umówionym miejscu. Szybko ustaliliśmy gdzie się kierujemy. Po drodze, od Liroya do wejścia Makulatury, Pantera pokazała nam familiok, w którym się "urodziła" i mieszkała z rodzicami. Piękny, stary budynek z cegły, który aż się prosi żeby dać mu drugie życie tak jak Manufakturze.

Nasze spotkanie zaczęliśmy od kawy - o czym już wiecie od Pantery. Siedzieliśmy, sączyliśmy cappuccino i rozmawialiśmy - tematów nam nie brakowało. Było tak jakbyśmy znali się już od dawna a przecież to był nasz pierwszy raz

Jednak nam we krwi nie płynie wirus stołkozy, więc szybko opróżniliśmy kubki i ruszyliśmy na podbój Łodzi. Pantera niczym rasowa przewodniczka oprowadzała nas po mieście i opowiadała ciekawie. W sumie zobaczcie sami.

Manufaktura urzekła mnie ceglastą czerwienią starych budynków. Choć odrestaurowane miały w sobie bakcyla z tamtych lat, aż chciało się zamknąć oczy i zatonąć w historii.


Tam daleko majaczy napis manufaktura, pod którym Pantera fotnęła nas - tutaj można zobaczyć to zdjęcie.


Pantera się nie pochwaliła, ale Toya ma własny biznes w Łodzi. Co oczywiście nie omieszkałem uwiecznić smarkaczem. Obecnie poszukuję lepszej pracy, więc trzeba ruszyć wszystkie możliwe znajomości. ;)


W drodze na łódzką promenadę (między Parkiem Śledzia a Placem Wolności) natknęliśmy się na piękny mural, aż mi dech zaparło na jego widok.


Co to ludzie nie wymyślo. Kościuszko niczym my little pony. Tak mniemamy (Pantera, Słodka i ja), że to ma coś wspólnego z Zajezdnią Jednorożca - czy jakoś tak. Niestety doopa jestem i nie wziąłem lepszego sprzętu do focenia oczywiście z przyczyn pogodowych. U Pantery widać lepiej.


No i dotarliśmy na sławną Piotrkowską.


Pantera wspomniała o podwórzu wyłożonym lustrami, więc trzeba było go zobaczyć. Dopiero dużo później mnie oświeciło (po przeczytaniu relacji Pantery), że te skrawki lustra ułożone są w konkretny wzór - w różę. 





Pożyczone od Pantery



Maszerowaliśmy dalej Piotrkowską...


...chociaż znaki próbowały zmienić nam tor marszu.


Bardzo spodobał mi się ów szyld...


...i poidełka.



Zajęty foceniem, nie zauważyłem kiedy Słodka zaczęła romasować z latarnikiem. Nic to, dowody rozwodowe som.


Panterka powiodła nas dalej w kierunku swojej Łodzi. Odwiedziliśmy miejsca, które są jej bliskie i powróciliśmy do Manufaktury mijając po drodze pałac Izraela Poznańskiego, dawnego jej właściciela. 


Naszym celem była Pierogarnia...


...i szamanko, bo takim marszu kiszki zaczęły wygrywać marsze.


Półeczka kusiła, jednak jak auto to nie procent, ehhh. ;)


Z nową porcją sił udaliśmy się na buszowanie po Manufakturze... 




...i po sklepach.


Z zakupów nic nie wyszło bo oczywiście nie  pora i nie czas na takie rzeczy jakich się szuka - bo to Polska właśnie. Natomiast mi udało się, w końcu, dostać poszukiwaną książkę.


O książce będzie następną razom, bo się czyta. 

Pod koniec odwiedziliśmy jeszcze cukiernię, w której pracował jakiś tam chopak po Hells Kitchen. Mi tam nic to nie mówiło, bo nie przepadam za takimi programami. Wciągnęliśmy zachwalane przez niego ciasto - ponoć petarda.
W tym miejscu kosztowaliśmy cytrynowej petardy.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z Tuwimem z Krainy Deszczowców w wykonaniu Pantery.

Pożyczone o Pantery.
Ostatnie przed drogą zerknięcie do Makulatury.

Taki rankomat przydałby się w pracy.
Oceń pracę szefa albo oceń zarobki.
Anonimowy, niestresowy.
Parking. Ostatnie rozmowy, które nie chciały się skończyć, bo żal było się rozstawać. Ostatnie pamiątkowe zdjęcie.


I ruszyliśmy w drogę powrotną.

Panterko Bardzo dziękujemy Ci za tak wspaniałe spotkanie, za wspaniałą podróż w czasie do Łodzi, którą znałaś i którą tak ciekawie nam pokazałaś. Czuliśmy się tak jakby to nie był nasz pierwszy raz a kolejne już spotkanie.

Dziękujemy pięknie i do zobaczenia.

niedziela, 17 września 2017

[41]. Lniano.

Ich pierwsze spotkanie nie należało do udanych. Mimo, że każdy z nich przyszedł z kimś innym to bawili się razem. Pod koniec imprezy ONA uważała, że ON jest lekkoduchem i snobem, ON natomiast uważał JĄ za przemądrzałą dziewczynę.

Kolejny raz spotkali się trzy miesiące później, w kwietniu, na kolejnej rodzinnej imprezie. Teraz spojrzeli na siebie inaczej. ONA i ON nie lubili siedzenia za stołem, więc udali się na spacer. Dużo rozmawiali. Czas szybko płynął i niestety ON musiał jechać do pracy - chociaż był weekend.

ON dużo o niej myślał, niestety nie miał głowy do imion i cały czas szukał Ani. Nagabywał kuzyna, słał do niego esemesy o numer telefonu do Ani, ale ONA nie była Anią.

Dopiero w czerwcu udało mu się zdobyć numer do niej. Wysłał esemesa z pozdrowieniami z pracy. Dostał odpowiedź. Później umówili się na kawę u Niej w domu.

W rewanżu zaprosił JĄ do siebie na lipcową imprezę. Wszystko było przeciwko nim. Czas bo szybko płynął, pogoda bo mimo lipca - lało, rodzina - która zwaliła się do domu. Jednak od tego dnia zaczęli spotykać się regularnie.

Tak mijały dni, miesiące i lata. Dzisiaj mija dwunasta rocznica ich ślubu. LNIANA ROCZNICA.

poniedziałek, 4 września 2017

[40]. Spazmy.*

Wysiadła z autobusu i ruszyła w moją stronę. Poznałem ją od razu. Koleżanka z podstawówki. Kumplowała się z A., w której po cichu się podkochiwałem. Już w tamtych latach dochodziły do mnie słuchy, że potrafi wypić. Na wakacyjnych obozach piła jak szewc a  miała przecież tylko czternaście, nie, piętnaście lat. Tak piętnaście, była o rok starsza i zaliczyła tak zwany kibel.

Kontakt z R. urwał się w momencie ukończenia szkoły. Każdy ruszył z nas w swoją stronę do innych szkół. Ponownie spotkałem się z nią w 2005 roku, w sklepie. Owo spotkanie było dla mnie dość traumatycznym przeżyciem. Stała przede mną w kolejce, w spożywczaku, aby po chwili zjechać po sklepowej ladzie na podłogę w konwulsjach.

Pamiętam do dziś jak sklepowa kazała jej wstać i iść do domu odpocząć. We mnie zbierał wqrw bo jak tak można pozostawić człowieka bez pomocy i nie ważne, że jest biedny. R. jakoś się podniosła i trzęsąc się wydukała pomożesz mi. Wziąłem ją po rękę i odprowadziłem na baraki. Tam mieszkała, w starych szeregowcach, w półświatku. Nigdy tam nie chodziłem bo ta ulica kojarzyła mi się zawsze z piątą zmianą chociaż i mieszkały tam normalne rodziny. Jednak większość to byli ludzie pokrzywdzeni przez los, ludzie z marginesu.

Pamiętam do dziś drogę. R. trzęsła się cały czas i mówiła mi, ze ma chore serce i nie wzięła lekarstw. A ja wierzyłem w każde jej słowo.

Drzwi od mieszkania otworzył mi Elegancik. Szczupły gostek z włosami zaczesanymi do tyłu. Ubrany był w czarną skórę, czarne spodnie na kant i ciemne półbuty. Zdziwiło mnie tylko jedno czystość jaka panowała u nich w mieszkaniu. Nie wiem kto to był. Może jej mąż, może konkubent a może kolega od kielicha. Wyłożyłem cała sprawę, że R. zasłabła w sklepie bo lekarstw nie wzięła. Teraz jak piszę to zabija mnie naiwność jaką się wtedy wykazałem. Elegancik skwitował krótko, że on wie jakiego lekarstwa potrzebuje.

 O R. słyszałem dość często bo piła i rodziła dzieci. Koledzy od kielicha zmieniali się co chwila. Było picie i kolejne ciąże. Dzieci zabierała Opieka.

Ucichło o niej na kilka lat w momencie kiedy z sąsiedniego bloku eksmitowano jej rodziców i rodzeństwo również lubiących mocniejsze trunki.
Jej matka zmarła niedługo po tym. Pijaną potrącił tirowiec, który zwiał z miejsca wypadku. Wszystko odbyło się w nocy, w miejscu gdzie ludzie nie chętnie rozmawiają z Policją. Zatem świadków i sprawcy wypadku brak.
Brat R. pracował razem z nami w jednej firmie. Nie jeden poprawczak a później kraty zaliczył. Gdzie jest teraz nie wiem.
Z licznego rodzeństwa normalnie żyje trójka: najstarsza i najmłodsza siostra R. oraz brat, którego zabrała opieka. Najstarsza z sióstr nie utrzymuje kontaktu z ojcem ani rodzeństwem. Młodsza wspominała, że nawet widuje się z ojcem.

Temat R. powrócił w tym roku. W kwietniu znalezioną ją golutką gdzieś nad kanałem, ktoś ją bił i pociął. Noce były zimne i cudem nie zamarzła. Widziałem ją później na osiedlu. Szła znad przeciwka. Padło krótkie cześć z mojej strony i to co zobaczyłem w jej twarzy to nie był człowiek, to był chodzący strach. W jej oczach czaił się paniczny lęk, lęk przed człowiekiem. Opatuliła się bardziej kurtką i ominęła mnie szerokim łukiem. Nie powiedziała nic.

W czerwcu jej nie poznałem. Znowu jakiś nowy pijaczek przeleciało mi przez myśl, kiedy mijałem ową osobę w drodze do drzwi marketu. Cześć powiedziała R. Cześć odpowiedziałem zaskoczony i dopiero kiedy spojrzałem w jej oczy poznałem ją. Twarz schowaną pod kapturem to byłą twarz babci po siedemdziesiątce. Blada, z zapadniętymi policzkami i ogolona na zapałkę głową. Byłem w szoku. Była przecież tylko o rok starsza ode mnie a wyglądała na siedemdziesiąt plus.

Widywałem prawie codziennie na schodach od sklepu. Nie prosiła o pieniądze. Po prostu siedziała i czekała na kolegów od trunków. Często upojona spałą na nich.

I właśnie wczoraj znowu się spotkaliśmy. Wysiadła z autobusu, powiedziała cześć i zaczęła zanosić się płaczem. Coś bełkotała pod nosem i wyła.

Zero kontaktu z rzeczywistością.
_______________
* Spazmy to gwałtowny płacz połączony z łkaniem.

środa, 30 sierpnia 2017

[39]. Po urlopie.

O jeżu brodaty!!! Zabieram się do pisania jak sójka za morze - od poniedziałku. Szczęśliwy czas leżenie bykiem - powiedzmy - powrócił do stanu bolącego siedzenia kiedy oczwartejczydzieści budzik drze japę żeby wstać.  Dobrze, że tylko do piątku. Później wszystko wraca na stare tory. Chciałem napisać normy, ale to już by było za duże słowo. W mojej tyrce za normalnych uważa się ludzi z psychiatryka.

Urlop w stylu chillaout polecam każdemu. Nie było nerwówki, biegania, wyzywania, komputera, telefonów z pracy. Znaczy się telefony były, ale koncertowo je olałem. Nie podoba się to mogą mnie zwolnić. Wisi mi to.
Były za to nieśpieszne śniadanka, spacery ze Słodką i Lizakiem, wyjazdy w plener z aparatem czy do lasu, spotkania ze znajomymi, grill, praca w ogrodzie i wekowanie.

Takie wyciszenie i inne powiedzmy czynniki wpłynęły na przewartościowanie decyzji jakie w życiu podejmowałem. Ameryki nie odkryję, ale stwierdziłem, że najważniejsi są Słodka i Lizak a nie praca i wyniki w pracy. W pracy, w której nikt cię nie docenia, bo czy klepanie po plecach lub uścisk ręki można nazwać docenieniem pracownika w momencie kiedy nowy angaż dostaje dziunia, przez którą firma płaci kary.

Chyba jednak urodziłem się w nieswojej epoce.






wtorek, 8 sierpnia 2017

[38]. Saksy po francusku.

Rodzinka Czerwonej załatwiła Elektronowi wyjazd na saksy. W sumie to nie wiem po co on jechał bo kasy mają sporo, ale ani im jej nie zazdroszczę, ani nosa w nie swoje sprawy nie wściubiam, bo ja nie z takich co nos w nie swoje sprawy wściubia.

Przemilczałem całe achy i ochy towarzyszące jego wyjazdowi. Toja i Kucharz wtórowali synusiowi bo przecież jaka to duma, synuś za granicę jedzie na zarobek a w sumie to pewnie urwać się chciał Elektron od Czerwonej. Jak już pisałem to nie moja sprawa.

Zatem wyjechał Elektron w kierunku Francji, ale gdzie dokładniej to sam nie wiedział bo go przecież zawiozą. Co robić będzie też nie wiedział bo mu przecież na miejscu powiedzą. Wizje były wielkie: stawianie konstrukcji, spawanie i inne anie. I na każdym kroku ta szpilka w moją stronę - ty sobie rady byś nie dał bo za biurkiem pracujesz, spawać nie umiesz. No i jeszcze qrwa druga wojna przeze mnie jak nic. 

No pojechał Elektron i jakoś się nie odzywał długo, za dużo o pracy mówić nie chciał, ale w końcu się wydało co robi. W hucie robi. To pewnie przy jakimś remoncie maszyn albo hali myślałem sobie i szczerze w duchu sam sobie potwierdzałem, że do takiej pracy się nie nadaję bo po prostu się nie znam.

W miniony piątek Kucharz rozmawiał z Elektronem przez telefon i po skończonej rozmowie stwierdził praca mu się pewnie nie podoba bo po głosie słyszałem i jakby mógł toby do domu wracał.
- To co on tam robi wyrwało mi się samo z siebie. 
- A w hucie przy czyszczeniu maszyn robi tzw. regenerację. Czyszczą przekładnie ze smarów itd. 
- O to pewnie jakimiś maszynami - noszz znowu mi się wyrwało. 
- Jakie maszyny. Ręcznie czyszczą. - odpowiada Kucharz i patrzy się na mnie jak na idiotę.

I wiecie co. Nie zazdroszczę mu. Narąbie się jak głupi bo to niewolnicza robota jest. Nie czarujmy się taki żabojad do niej się nie weźmie bo mu paznokietków szkoda a Poloczek będzie robił bo jewro stoi wysoko. 

Z drugiej strony trzeba mieć jaja i pokazać, że się jest facetem i nie przesmradzać. Wychodzi jak to się ciężko u nas pracuje na stanowisku. Można nawet na dwie zmiany ciągnąć i obiadek w pracy gotować. Można? Można.Tutaj sobie rączków nie ubrudzi.

środa, 2 sierpnia 2017

[37]. Umarłem... no prawie.

Wczoraj był ciężki dzień, piszę wczoraj bo jest już grubo po północy kiedy klecę te słowa, a klecę tak późno bo jak się w dzień śpi to wieczorem nie można usnąć.

Dzień w pracy to istny armagiedon, nie od pracy a od pogody. Żarówka na niebie, rozpalona do białości, smażyła termometr w okolicach trzydziestu ośmiu stopni i to w cieniu. Strach pomyśleć ile rtęci się podniosło w bezpośrednim kontakcie termometru z promieniami słonecznymi.

W biurze piekarnik, każdy chodził i łapał haustami powietrze jak świąteczny karp wyjęty z wanny. W tym miejscu chciałbym podziękować architektowi, który projektował zadaszenie, normalnie chapeau bas, módl się facet żebyśmy się w ciemnej ulicy nie spotkali, bo już po tobie. Naprawdę trzeba mieć nieźle w łepetynce poukładane aby zadaszenie nad galeryjką, z której wchodzi się do pomieszczeń biurowych, pokryć pleksą. Może to tanie i ładne, ale bardzo uciążliwe: latem grzeje to to w okolicach plus czterdzieści-parę-stopieńków, zimą ochładza i tak już zimne nastroje do góra plus trzynastu. Do tego latem klimy nie uświadczysz a zimą działającego ogrzewania. Qrwa dwudziesty pierwszy wiek!!! Brawo!!!

Stary oczywiście doopę zawinął i pojechał do domu. Jemu wolno, on tu bogiem. Zero telefonu o skróconym czasie pracy, zero wody. Człowiek nie wielbłąd  - pić musi. Jakoś dotrwałem do końca zmiany. Umęczony, klejący się od potu. Jakby tego jeszcze było mało to mój kinol w takich warunkach zatyka się - jakbym stopery nie w uszy a w nozdrza wsadził. Zatem dycham jak ten biedny, świąteczny karp. Głowa od tego wszystkiego zaczęła mnie naparzać, do tego doszła kręcioła.

W autobusie nie lepiej. Podjeżdża to-to z taflami szkła zamiast lufcików czyli klima w środku jest. No klima jest nie powiem, coco szambonella od drzwi człowieka zarzuca. Udaje mi się usiąść od nienasłonecznionej strony. Co przystanek ludzi przybywa, powietrze gęstnieje, ból głowy zwiększa się, odzywa się kręgosłup - chyba lepiej byłoby stać niż siedzieć, ale kręcioła wtóruje bolącej głowie.

W końcu wysiadam, półżywy. Z radości ziemię pod stopami bym całował, ale kręgosłup nie pozwala. Jeszcze tylko dwieście metrów, sto, schody, drzwi i... kolejna duchota. Obiad, leki przeciwbólowe bo już ledwo na oczy paczam, łóżko. Nic tylko spać.

Budzi mnie Lizak. Dyszy, piszczy. Nieprzytomny zerkam na cyferblat 16:37. Lizak, szepcę zaspany, jeszcze trochę, dzisiaj później wyjdziemy. Choć umyjemy brzuszek to się schłodzisz.

Łazienka, zraszam podwozie Lizaka letnią (nie zimną) wodą, wycieram ręcznikiem nadmiar wody. Łóżko, zasypiam.

Budzi mnie Lizak, jeszcze chwila i idziemy na szybki spacer w stylu siku-kupa-spieprzamy do domu.

Ból minął...

poniedziałek, 31 lipca 2017

[36]. Rzut na warzywniak.

W ostatniej chwili, puściłem się biegiem w otchłań ogrodu i machnąłem zdjęcia warzywniaka. Zdjęcia nie powalają jakością, bo po pierwsze machnięte smarkaczem a po wtóre po aktualizacji oprogramowania niby wszystko poustawiane a i tak zdjęcia do siedzenia się nadają.

Powróciliśmy do starego układu rabat z warzywami. Taki układ najlepiej im służy.


 
Rzut okiem na pomidorową plantację. Krzaki pomidorów, po raz kolejny, zaliczyły fryzjera. Jeśli się nie mylę to czwarta taczka liści wywieziona na kompostownik.
Dopiero na fotografii widać, że czas najwyższy na nowe tyczki do pomidorów. Zamyślam kupić bambusowe - tylko żeby cena mnie nie zabiła bo z pięćdziesiąt sztuk trzeba nabyć.

czwartek, 27 lipca 2017

[35]. Po trochu o wszystkim.

Po ostatni wypadzie w rodzinne włości popadłem w wekowanie i kuchcenie. Słodka wykorzystała do maksimum moje dobre serce moją chęć pomocy i zagnała mnie do wekowania. Zebraliśmy dość sporo ogórasów,  które ze względu na swą grubość znalazły miejsce w curry. Mało przy tym roboty a wychodzą tak smaczne, że bez żalu pożegnałem odmianę konserwową.

Przy okazji sobotniego złupienia ogrodu, fasolka z naszych zbiorów trafiła na niedzielny stół. Nie powiem, podłechtane zostało moje męskie ego kiedy Kucharz wcinał fasolkę. Ostatnio pochwalił nasze wyczyny ogrodowe chociaż jemu trudno jest zaimponić. Nawet moje okołopomidorowe zabiegi przyjął bez zastrzeżeń. Miłe to.

We wtorek kuchnia należała do mnie. Po raz pierwszy w tym sezonie robiłem swoje leczo. Przepis publikowałem w dawnych czasach, na innym blogu. W międzyczasie uległ on modyfikacjom i kiedy tak pichciłem to przy okazji pstrykałem focie bo może się przyda. Jeśli ktoś będzie zainteresowany to mogę ponownie zamieścić przepis. Ciekawostka jest taka, że w całej potrawie są tylko trzy łyżki oliwy (oleju kujawskiego) a sos robi się sam z siebie.

Pomijając szaleństwa między kuchnią a salonem, bo oczywiście Słodkiej się nudzi i co chwilę wymyśla jakieś roboty z cyklu mycie okien czy przesuwanie mebli i odkurzanie, to dużo czasu spędzałem z Lizakiem na spacerach brzegiem-wałem jeziora. Pora też nadarzyła się nie byle jaka bo zakwitł sadziec konopiasty i swoim zapachem wabi chmarę motyli. Dla takiego szalonego fotografa jak ja to raj na ziemii. Niestety zdjęć jest tyle, że do dnia dzisiejszego jeszcze sporo z nich oczekuje na zgranie, obróbkę i publikację. Moje fotograficzne zmagania można oglądać tutaj:


I tym fotograficznym akcentem kończę.

niedziela, 23 lipca 2017

[34]. Idioci.

Miało być o ogrodzie, naszej małej plantacji warzyw i o moich sławnych pomidorach, które nawet Lidia miała okazję spróbować w Nowielicach, w tamtym roku. Otrzymała wtedy od nas nasz największy okaz ważący 940 gram.


Miało, ale nie będzie.  Dzisiaj będzie o idiotach, zatem...

...podczas wczorajszego wypadu do Wędkarza i Zaczytanej, sprawy zeszły na tematy związane z autem. Tak, znowu. Wędkarz wymyślił wyjazd na południe Polski. No uparł się jak osioł. Jedak szybko udało nam się wybić mu to z głowy. Siedział zatem i klikał w komórce inne oferty i... znalazł. Niedaleko bo tylko 100 kilometrów od nas. Zatem chciał, nie chciał, pojechaliśmy. Było tylko jedno ale ja prowadzę. 

Obraliśmy kierunek na Kutno. W okolicach Babiaka trafiło nam się dwóch kierowców jadących w trybie zwiedzającym. Trasa pozwalała na szybszą jazdę, do 90 km, a oni w tempie żółwia jechali i się wlekli. Niestety nie było okazji aby ich wyprzedzić bo albo przeciwległy pas zajęty, albo podwójna ciągła. 

W końcu trafiła się okazja. Droga prosta jak liniał, przeciwległy pas wolny. Zerkam w lusterka, kierunkowskaz i rura. Ja przyspieszam i wyprzedzane auta przyspieszają, Wciskam gaz w podłogę, na liczniku 110, 120, 130 i ni hu hu nie mogę ich wyprzedzić. Urwy już mi się cisną na usta, bo to jakaś nasza głupia mentalność - jak tak to się wlecze a jak chcesz takiego wyprzedzić to przyspiesza.

Cały czas przyspieszam, kontroluję sytuację w lusterkach i drogę przed sobą bo jakby nie było to jadę po przeciwległym pasie. W pewnym momencie dostrzegam jadący znad przeciwka motocykl, który zbliża się do mnie w zastraszającym tempie. Nie pozostaje mi nic innego jak uciekać na własny pas. Wędkarz rzuca krótko  - zmieścisz się między wyprzedzanymi autami. zerkam w lusterka, zmieniam kierunkowskaz i spokojnie wracam na swój pas.

Auto przede mną zaczyna hamować, jestem na to przygotowany i instynktownie wciskam hamulec sekundę wcześniej. Kierowca za mną zaczyna trąbić, zwalniam do przepisowej prędkości i zerkam we wsteczne lusterko. Facet jadący za mną macha rękoma. Pokazuję mu gest o co ci chodzi człowieku? Ślepy jesteś?

Niestety idiotów na naszych drogach nie brakuje, nie po raz pierwszy spotykam się z taką uprzejmością na drodze. Cwaniaków nie brakuje, jeżdżą i szukają jelenia, dzięki któremu wyremontują sobie auta bo o kolizję albo wypadek w takiej sytuacji nie trudno.

PS. Czy Wrocławiaki żyją?, bo ponoć armagiedon był dzisiaj u Was.

piątek, 21 lipca 2017

[33]. Przerywnik.

Tak marudzę na ten rok, że miesza nam w życiorysie i plącze plany, a niektóre nawet niweczy. Zanim opiszę po kolei co i jak to z racji później pory i lekkiego zmęczenia kapryśną pogodą... o to może o pogodzie i Lizaku.

Lizak boi się wszelkiego rodzaju hałasów, szelestów, huków. Zatem jakiekolwiek trzepanie dywanów przez sąsiadów, mój choleryczny temperament, wystrzały petard czy na grzmotach kończąc Lizak kwituje spadem pod łóżko w sypialni. Oczywiście moje prośby, aby nie reagować i dać psu spokój spełzają na niczym. Chociaż, są jakieś małe postępy i nawet zagadywanie do psa, żeby się nie bał, ucichło.

Zatem co wspólnego ma nocna burza i Lizak? Równianie jest proste jak dwa plus dwa. Lizak plus nocna burza równa się pobudka około godziny trzeciej w nocy. Pięknie nie?

Właśnie przed chwilą ktoś strzelał z broni. Na sąsiedniej ulicy mieszkają ex policjanci i chyba któremuś coś odstrzeliło.

Ale wróćmy do akapitu wyżej. Zatem co nasz hrabia robi kiedy za oknem grzmoty lecą. Dobrze, ze jest noc i nikt, nie będę pokazywał palcem, nie gada do psa jak do małego dziecka. Zatem nasz nocny marek, po pierwsze, ogląda spektakl błysków, ale do momentu pierwszego pierdyknięcia gromem. Nie ma reakcji z naszej strony, bo oczywiście śpimy, więc psina wędruje do michy i wyjada karmę. Cały dzień nie je bo gorąco to nadrabia w nocy lub nad ranem, kiedy jest chłodniej. W nocnej ciszy chrupanie brzmi jak wystrzał z armaty. 

Kolejny etap to zabiegi pielęgnacyjne. Zaczyna się od drapania, ubijania schabów, Yep, yep, yep. Potem dochodzą sprawy ogólnomęskie czyli okolice bikini i polerowanie klejnotów. Mlask, mlask, mlask. Tutaj już nie strzymuję i marudzę sennie Lizak idź spać. Wreszcie cisza i kiedy już powieki lecą w dół zaczyna się etap chrupanie kostki (sprasowana skóra). Chrup, chrup, chrup. Lizak!!!

Wreszcie zalega cisza. Zasypiam i... znacie to uczucie kiedy ktoś się na was gapi. No to właśnie mnie dopada  takie uczucie. Odwracam głowę, patrzę. a tu Lizak siedzi przy łóżku i się patrzy jak śpię. Lizak kładź się i śpij. Lizak grzecznie wskakuje na łóżko, kładzie mi się w nogach i zasypia. 

A ja? A ja mam już nockę z głowy.

czwartek, 20 lipca 2017

[32]. Alergiczny Lizak.

Noszzzz cholera jasna.
Musiałem sobie z wątroby spuścić bo inaczej to nie wiem co. Jakoś ten rok zaczął się dość, może nie pechowo, a upierdliwie. Styczeń miał przynieść dobre wieści, dać nadzieję a jak na razie to mamy lipiec i nadal jesteśmy w zawieszeniu, echhh.

Myśleliśmy, że chociaż z Lizakiem już lepiej a tu olejny klops. Prawie rok walczyliśmy z tzw. suchym łupieżem i wszystko zmierzało ku lepszemu a tu w kwietniu powróciło drapanie się psa. Przy każdym zabiegu furminatorem oprócz sierści wyczesywaliśmy jak myślałem ów suchy łupież. Dopiero podczas wizyty u weta okazało się, że ze skórą wszystko jest ok jeśli chodzi o łupież. Jednak ok nie jest jeśli chodzi o drapanie bo to alergia. Skóra jest czerwona (atopowa), uszy również zaczerwienione, w okolicach psiego interesu również jest czerwono i za ciepło.

Co jest alergenem nie udało nam się ustalić. Jedzenie nie zostało zmienione, spacery są w tych samych okolicach a na testy niestety nas nie stać. Jednak wet to człowiek myślący i podsunął nam nowoczesną terapię lekami.

Po pierwszym miesiącu stan Lizaka poprawił się. Drapał się on sporadycznie. Nawet wizyta u weta natchnęła nas nadzieją, że będzie dobrze oby do lata. Niestety miesięczna kuracja trzepie nas po kieszeni. Za nami dwie takie wizyty a teraz powinna odbyć się kolejna i stoję w zawieszeniu bo kasy brak.

W sumie to kasę mam, ale jak na razie wirtualną. Fucha zrobiona a kasy zero. Od kwietnia dzwonię i proszę o przelanie i doopa. Ostatnio usłyszałem, że najprędzej będzie to 31 sierpnia. Qrwa ale ja nie na fajki chce tylko dla psa na leczenie. Jakbym z kłodą gadał.
Jakaś znieczulica ludzi dopadła. Mógłbym pożyczyć po rodzinie chociaż na ten miesiąc leczenia, ale jak słyszę tekst a po co zaraz do weterynarza, pies się wyrzyga i zdrowy będzie. Ręce mi opadają i nawet nie zaczynam gadać bo sensu to nie ma.

Jak można być takim ujem. Sam jak chory, ledwie coś strzyknie, to leci i się lekarstwami okłada a pies to najlepiej do budy na krowi łańcuch. Drapie się to ma pchły.
A weź takiemu zwróć uwagę to ci jeszcze dopieprzy, że mi się w doopie od dobrobytu poprzewracało.

Czy ja qrwa jestem nienormalny czy jak?

Dobrze jest się czasami wyżalić. Właśnie znalazłem jeszcze jedno koło ratunkowe i jak ono nie wypali to już nie wiem co robić. Chyba jedynie nerkę trzeba będzie sprzedać.

środa, 19 lipca 2017

[31]. Rozmyślania.

Powoli zaczynam się ogarniać. Regularne pisanie nie wychodzi mi. Lepiej natomiast idzie mi z czytaniem blogów. Mam swoją listę blogową. Zaglądam na nią codziennie, część wpisów czytam, część przeglądam i powoli próbuję wbić się w blogowy świat.

Ostatnio najszła mnie myśl, żeby na blogu ponownie zamieszczać zdjęcia. Kontra w postaci przecież masz od tego inne miejsce szybko ostudziła mój zapał.
Kolejny pomysł, który zaświtał w mojej łepetynie to połączenie mojego wcześniejszy bloga z obecnym. Co o tym sądzicie? Może zrobić jakieś bajerskie banerki do owych miejsc?

Rozmyślam bardzo dużo. Chyba myśliwym zostanę - znaczy się filozofem. Normalnie jakiś szał myślowy o ważnych i błahych sprawach mnie dopadł.

Kryzys wieku średniego, czy jak? 

Cały czas dźwięczą mi słowa Abigail (Lucyny Brzozowskiej), która po przekroczeniu czterdziestki postanowiła zmienić swój świat. Pamiętacie jeszcze jej projekt na polakpotrafi.pl? Jestem, tym szczęśliwcem, który tomik jej pozezji.

Wtedy nie zastanawiałem się nad jej chęcią zmiany. Teraz im bliżej mi do owej magicznej czterdziestki sam poszukuję swojej drogi. A może to coś innego. Postaram się to coś opisać później - muszę jeszcze do tego dojrzeć. Jednak ten rok jest rokiem przełomowym, który zadecyduje o dalszym być albo nie być.

Wiem, wiem. Dość tajemniczo piszę. Nie potrafię tak od razu wybebeszyć się z emocji są czasami takie dni, że wziąłbym się spakował i poszedł sobie w dal - ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Reset życiorysu.

środa, 12 lipca 2017

[30]. Magicy od liczników.

Mija trzeci tydzień zmiany godzin pracy i jakoś nie mogę wpaść w rytm. Starzeję się czy co? A może zgnuśniałem do reszty? Chciałem dobrze a wyszło jak zwykle, a może niezwykle, bo w godzinach popołudniowych słaniam się i wyszukuję legowiska gdzie mogłyby spocząć moje członki.

Ale nie o tym miało być a o magikach.
No to może od początku.

W marcu podczas zebrania udziałowców mła bloku mieszkalnego, wielce szanowny Cwaniak-Zarządca ogłosił wszem i wobec, że czas nastał aby wodomierze wymieniać w sumie nie całe tylko moduł zliczający bo ten radiowy jeszcze ważność ma, więc co robimy?

Zanim napiszę jaką decyzję podjęliśmy i dlaczego (chociaż sam tytuł mówi za siebie) to wyjaśnię co to za licznik jest. Zatem ów licznik składa się z dwóch modułów: zliczającego ilość zużytej wody i drugiego modułu, który przesyła odczyt licznika drogą radiową do wodociągów i nie trzeba czekać, aż ktoś z wodociągów raczy siedzenie ruszyć i ów odczyt zrobić. Dodatkowo zabezpieczony jest on przed magnesowaniem, ale to już widzimisię Zarządcy.

No to tyle wyjaśnień, wracamy do meritum.
Głosy oczywiście były różne, część osób była za wymianą a część nie, bo piniendzy szkoda. Mnie najbardziej rozbawiła odpowiedź jednego Naiwniaka (posiada kilka mieszkań i mieszka w innym miejscu), który krótko skwitował całą debatę:  a po co wymieniać, oni już tyle lat mają liczniki bez homologacji, po co sobie koszty robić.
Babcią wiele nie potrzeba... i zaczęło się: a po co to wymieniać, piniendzy szkoda, a to trzeba robić, nic tylko kasa i kasa.

I tak biadolili i narzekali, a ukradkiem jeden na drugiego zerka żeby ktoś podjął decyzję, żeby na niego nie było. Mnie jednak zastanowiły słowa Zarządcy jeśli nie będzie homologacji liczników to każdy może wam zarzucić nieprawidłowość odczytu i w momencie jakichkolwiek roszczeń do wodociągów zostajecie państwo z kwitkiem. Ciul tam wodociągi, z nimi nikt jeszcze nie wygrał, bardziej chodziło mi o relacje międzysąsiedzkie bo oczywiście sąsiad dobry jak śpi i nie hałasuje a w innych przypadkach to siekiera w plecy.

Nie wiem do końca jak mi się udało przekonać całą sąsiedzką zgraję, ale wymiana liczników doszła do skutku i właśnie teraz Cwaniak-Zarządca raczył nas powiadomić kartką na drzwiach, że od poniedziałku wymianę czas zacząć.

Słodka przyszykowała się na najazd Magików, mła zagnała do odkurzenia wnęki z licznikami - wychodzę z filozoficznego założenia, że jak nikt nie zagląda to po co sprzątać.

W poniedziałek, Słodka, uwiązana na smyczy czeka na magików. Wyjście do sklepu to istny sprint bo nie znasz godziny kiedy Magicy nastaną. Wyjście z Lizakiem w granicach zawidzenia bloku bo nie znasz godziny kiedy magicy nastaną. I tak czekała, i obserwowała, i nawet Magików zlokalizowała - ba , nawet w naszym bloku byli. Zaznaczam byli i wybyli a było to tak.

Magicy na osiedle przybyli i dostali popierdolca. Biegali po całym osiedlu bez składu i ładu. Wymienili liczniki w jednym mieszkaniu i lecieli do kolejnego na drugim końcu blokowiska. W końcu zawitali i do naszego bloku i... około godziny trzynastej pierdyknęli wszystko i sobie poszli.
Słodka wkuła się na całego, bo czekała na nich jak goopia chociaż miała inne plany, które realizowała wczoraj i w siedzeniu miała owych Magików.

Kiedy wróciliśmy wieczorem do domu na powitanie, w drzwiach, czekała na nas kartka od Magików z serii chcieliśmy pracować a was nie było. A w doopie ich mam teraz oni sobie poczekają.


środa, 5 lipca 2017

[29]. Kozioł ofiarny z rogami byka.

No z lekka mnie w weekend po telepało.
Już w piątek po południu Wędkarz zaczął tworzyć z wyjazdem po auto. Napalony był jak nie wiem co, bo takie łamerykańskie, cud miód malina. I czego to on nie ma i to ma, i tamto ma i ach, i och. To tej jedyny, wymarzony, wyśniony i nie daleko - pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę. No to jedymy... a mła, czyli ja, odprawiam modły żeby to był ten, bo inaczej ptak mnie strzeli na miejscu.

No to jedymy. Wędkarz prowadzi auto jak szalony, bo mu zabawkę qrwa zabiorą. Mnie powoli ujnia strzela jak widzę jego szosowanie. W końcu nie strzymuuje i walę Wędkarza słowami między uszy, gdzie Ci się piii piii piiii piii piii spieszy, nie zdążysz, zabiorą Ci piii piii piii auto. Im bliżej znajdujemy się celu, tym coraz większe chmury się nad nami zbierają. Błyska się, co chwilę leje się z nieba i kiedy osiągamy punkt zero naszej wyprawy niebo rozlewa się na całego.

Niebo się rozlało i Wędkarz też, bo jak zaczął przeglądać, przesmradzać z miną obrażonego dziecka, któremu zabrano ulubioną zabawkę. A bo tej, pierdoły, nie ma - tamtej, pierdoły, nie ma. A mnie indor strzela. Nosz urwał nać - nie ma naklejek My Little Ponny to ja takiego auta nie che. Okej mógłbym się zgodzić, że hak mógłby się przydać tylko ja nie pamiętam aby w ostatniej dekadzie albo dwóch go potrzebował, że opony zdarte i góra jeszcze sezon wytrzymają  i jedna opona trzysta złotych kosztuje to sobie policz... to od ceny auta utarguj.

Zobacz, sprawdź, naciśnij, otwórz i tak w kółko Macieju, bo dziecko już obrażone na cały świat. Przejedź się. Nie będę jechał. Wsiadaj i przejedź się - ja go nie chce. Qrwa!!!, wsiadaj i się przejedź!!! Kupić nie musisz, ale będziesz wiedział przy następnym aucie co i jak!!!

I co? I auta Wędkarz nie kupił, bo takie jak on chce to są, ale nie w takiej cenie za jaką on chce kupić. Na nic zdają się tłumaczenia, że auta prima sort to są w salonie.

Zatem jak ujowo weekend się zaczął to tak ujowo się toczył.


Sobota, rano, komórka drze papę. Patrzę kto i rozłączam rozmowę, auto prowadzę. Oddzwonię jak dojadę. Już prawie u celu kolejne komórkowe darcie papy. Za chwilę parkuję więc się rozłączam. Dobra, dzwonię i doopa zajęte. Za chwilę kolejne darcie japy przez komórkę. Odbieram i... to był błont... bembenki w uszach gwałcone są przez darcie japy już nie komórki a kobitkę. Komputera mi nie zrobiłeś!!! Kiedy? Zapytuję się głupawo bo nie przypominam sobie abym robotę rzucił i nie zrobił. A tam dalej darcie japy.

W końcu się wqrwiłem i również się wydarłem bo skumałem co i jak. Kompa zrobiłem i to za free, bo to jakaś znajoma znajomej i w sumie nie było nic do zrobienia tylko ofiara nie potrafiła go obsługiwać. Po drugie jak ktoś nie potrafi zamknąć wyskakującego okienka - to sorry. I po trzecie... a co mnie qrwa obchodzi jakieś stowarzyszenie czy stanowisko asystenta czy inna cholera. Fajans nie jestem i nikt ze mnie jelenia robić nie będzie. Qrwa, sam zabiegałem o podobne stanowisko to wiem, że do takiej pracy minimum wiedzy potrzeba.

Dymać to ja a nie mnie.




środa, 28 czerwca 2017

[28]. Jak ten czas leci.

Nie wyrabiam. Czas zapiernicza i nie wiem kiedy zrobił się koniec miesiąca. Za dużo, za dużo tego wszystkiego na głowie. Słodka, jak zwykle suszy mi głowę, że w domu nic nie robię, a ja nie mam jak. Wychodzę do tyrki rano, wracam po południu. Obiad, mycie garów, pies, lekki spad pospacerowy, siusiu, mycie i spanie. I tak piać od nowa od poniedziałku do piątku.

Ostatni przedwakacyjny tydzień to jedna wielka gonitwa pcheł.
W tyrce myśl za wszystkich. Tysiące telefonów z Szefu, tysiące zapewnień i jak co do czego doszło to Szefu wylatuje z zapytaniem zrobiłeś już - a sam zapewniał, że wszystkim się zajmie. Piorytet szefostwa - ja mam ten palec od roboty - ty robisz to a ty to.

Dopiero ten tydzień wygląda spokojniej, spokojniej bo w tyrce zjawiam się o 5:30 i zanim reszta gwardii dobije to najpilniejsze sprawy mam już ogarnięte. Potem jest czas na bieżące sprawy na gwałt. Jedyne dobre tego wcześniejszego zjawiania się to wcześniejsze wyjście. A w domu jest czas na przeczytanie kilku stron książki.


A tak w ogóle to rozpoczęły się wakacje i... oby do urlopu.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

[27]. Znowu w drodze.

Moje wizyty na blogu można porównać do szwajcarskiego sera. Pełno w tych wizytach dziur.

Miało być o kolejnym rozjeździe, jednak zanim o nim to słów kilka o ponownym mła zaniknięciu. Nie to nie żadne czary a jedynie awaria łącza netowego. Magicy dwa dni się nad tym głowili zanim doszli co i jak. Zatem jestem, neta mam to się odzywam i piszę.

No to jak z tym rozjazdem było.
Wędkarz od trzech lat zbiera diengi na nowszy model samochodu. Nie pomogły moje zagadywania żeby wziął z salonu, bo przecież on wie lepiej. Nie będzie złodziejom autokasko płacił. Zatem siedzi jak ten świstak i zawija diengi w skarpetę.

Tak zawijał, zawijał, aż w końcu stwierdził, że starczy. Obkupił się w literaturę fachową, Otomłoto kazał sobie na komórce zainstalować i siedzi... szuka... co chwila inna marka... Niszan, Wagen, Tołjota, Unda. Osiłkowi w żłobie dano.

W końcu nie wytrzymałem i poetycko skwitowałem jego rozbieganie wśród aut: weź się człowieku zdecyduj na jedną markę, noszz kutwa mać!!! Normalnie jak dziewica się zachowujesz, i chciał byś i się boisz!!!

Zatem już w drodze do domu usłyszałem, żebym Paska jutro do jedenastej odstawił bo znalazł auto w stolycy i będzie jechał. Co było robić, z pierdzielem w doopce załatwiliśmy co trza i do Wędkarza bo przecież do stolycy ma uderzać.

Jeszcze nie zdążyłem wysiąść a już mnie wqurw dopadł bo Wędkarz zamiast się witać to wylatuje mogliście się nie spieszyć, nigdzie nie jadę. No chyba sobie jaja robisz!!! To mi pot boje zalewa a ty sobie ni z pietruchy stwierdzasz, że nie jedziesz.

Niczym nie zrażony ciągnie dalej. Jadę do Kielc bo tam autko znalazłem... i taniej. Już wszystko obgadałem, autko cacy, normalnie nówka nie śmigana. Tylko mi drugiego kierowcy brakuje... i paczy na mnie. Jakoś udało mi się wymigać, bo Wędkarz stwierdził, że zabierze Kucharza tylko musi się go spytać czy pojedzie. 

Kucharz też z swoje zagrywki ma. On woli powoli. Śniadanko, kawka, gazetka...i już widzę, że kombinuje jakby tu nie jechać. Wędkarz go zagaduje a on jak węgorz próbuje się wymigać... bo to nie jego bajka.

W końcu wyrywa mi się pojadę z tobą no bo ile można słuchać jednego i drugiego. Pojadę z tobą...uj, że Słodka się wkuwi, pojadę z tobą... i uj, że muszę wziąć urlop, pojadę z tobą...i tak tego nie docenisz.

I pojechałem po trzech-i-pól-godzinie snu. Pojechałem - nawigując przez cztery godziny bo Wędkarz mądrzejszy od dżi-pi-esu i pilnować go musiałem. Pojechałem, żeby na miejscu się przekonać, że tak się Wędkarz ugadywał i dopytywał, tak miało być wszystko cacy a tu proszę... auto walnięte było, tapicerka do doopy, obręcze hamulcowe do wymiany. A gościu od auta we Wawie bo tak się z nim Wędkarz dogadał. 

Telepło mnie porządnie. Może to było z nerw a może z głodu. Zatem pod Biedre na mały popas. Szamamy. Wędkarz ukradkiem spogląda, ja udaję że nie widzę i wqurw na twarz wyciskam żeby sobie nie myślał.

To co robimy zagaduje po chwili, bo wiesz mam jeszcze kilka aut tylko jeszcze z dwie godzinki drogi jest. Najpierw to sprawdź czy te auta jeszcze są bo, do kutwy nędzy, nie uśmiecha mi się deptanie po nic kolejnych kilometrów.

Jak się okazało - auta wybyli  a my jak te dwie doopy wołowe jak pojechaliśmy z niczym to z niczym wróciliśmy.

***

W piątek odpieram telefon od Wędkarza. Co jutro robisz?
DO PRACY IDĘ!!! DO PRACY!!! I UJ ŻE SOBOTA!!!

środa, 14 czerwca 2017

[26]. Żeby nie było.

Żeby nie było, że jak szybko się pojawiłem to jeszcze szybciej znikłem, to się odzywuję. Żyję, ale dopadł mnie ostatnio stan rozjazdowy.

W sobotę zaliczyliśmy Wrocław. Było super. Autokar to misz-masz spędu ludzkiego, od plus trzynaście do siedemdziesiąt pięć plus, i zero zgrzytów. O dziwo dyscyplina była, że ho ho.

Niestety tempo zwiedzania było ogromne, w stylu Julka Cezarjusza: byłem, zwiedziłem i się zmęczyłem.

Zoo oblatane w cztery godziny, widzieliśmy prawie wszystko. Owady i gady poczekajo na lepsze czasy. W botanicznym myślę, że wszystkie ścieżki schodziliśmy. Ogród pamiętam z lat dziewięćdziesiątych jednak teraz wydaje mi się dojrzalszy - a może to ja dojrzałem?

A co z pogodą?
Idealna. W drodze do Wro na wysokości Antoninka, podczas postoju na wuceta, kiedy to zwartą grupą szturmową dopadliśmy strefy ulgi z kontrofensywą ustosunkowywał się w naszą stronę Gienerał Deszcz. Efektem czego było rozbiegnięcie się zgrai autokarowej na pobliską stację z ON-em i 95Pb.

Pomniejsze deszczowe incydenty towarzyszyły nam do samego Wro. Jednak z poziomu autokaru wszyscy mieli wyechane na to, co nasz bolid olewa. W końcu Gienerał zmęczył się i odpuścił sobie dalsze zalewanie. Do czasu.

Dopiero przed ogrodem botanicznym pokazał na co go stać. Zdążyliśmy opuścić dyliżans, ustawieni w szyk ruszyliśmy w kierunku kasy i... Gienerał przypomniał sobie o nas. Na początku niczym nawalony malarz walił kroplami na oślep, po chwili zwiększył siłę natrysku. Z naszych gardeł wyrwało się domestosowe spierlalamy!!!

Jednak Generał niczym slaby kochanek jak szybko zaczął tak szybko skończył a nam do końca pobytu towarzyszyła już tylko żarówka z nieba.

To na tyle z Wro-relacji. Fajnie było tak oderwać się od rzeczywistości i zmęczyć się pozytywnie, bez myślenia - co jutro.

No własnie, to byłe jutro było okiej, jednak pojutrze szykowało kolejny rozjazd, ale o tym będzie zaś.




piątek, 9 czerwca 2017

[25]. Jutro przybywamy.

Jaka pogoda we Wrocławiu? Jutro przybywamy do...

źródło: go.wroclaw.pl

źródło: go.wroclaw.pl