Strony

czwartek, 16 listopada 2017

Grzeczne dziecko

Zwrot do sklepu dotarł, uff. Chociaż to udało się załatwić bez zgrzytów. Pozostaje teraz tylko czekać na zwrot gotówki. Wreszcie skołatane nerwy mogą odpocząć. Dla rozluźnienia, dzisiaj coś lekkiego taki chillout, dialog Znajomej, jej trzyletniej wtedy córki i Staruszki na przystanku autobusowym.

CÓRKA: (przytula się do Znajomej) Mamusiu, kocham cię.
ZNAJOMA: Też cię kocham.
STARUSZKA: Boże jakie to dziecko jest grzeczne.
CÓRKA: (zerka na swoje buty) O! Sznurowadło mi się rozj*bało!
STARUSZKA: mina Staruszki - bezcenna 

źródło: klik

środa, 15 listopada 2017

Wtorkowe potyczki z kurierem

Przedwczoraj krakałem, krakałem i wykrakałem - wtorek postanowił być nie gorszym od poniedziałku a nawet przebić go w upierdliwości.

Myślałem, że mój biletowy wqrw załagodzi dostarczona przez kuriera przesyłka. Niestety. Mimo studiowania tabeli rozmiarów, na stronie sklepu, kurtka okazała się ogromna. Nawet takiego rozmiaru nie było w ich zestawieniach.

Dobre jest tylko to, że za zwrot nie musiałem płacić. Wystarczyło oddać przesyłkę do punktu, z którego kurier maił odebrać paczkę. Opcja ta pozwalała na szybszy powrót gotówki i ponowne polowanie, tym razem, na mniejszy rozmiar.

Zatem uszykowałem dokumenty, kurtkę, naklejkę zwrotną, udałem się do punktu i... zaczęły się  schody:

  • punkt przyjmie paczkę, ale kurier jej nie chce odebrać bo nie ma zlecenia na usługę,
  • dzwonie na infolinie sklepu - paczka ma być odebrana bo oni mają podpisaną umowę i kurier nie robi łaski,
  • punkt przyjmie bez problemu tylko co z tego, że oni wezmą paczkę, jak kurier jej nie odbierze,
  • wracam do pracy - myślę jak to załatwić, zaczyna mnie telepać - widzę, że bez siekiery się nie da,
  • dzwonie na infolinię firmy kurierskiej, mówię co i jak a paniusia mi wylatuje z kolejnym numerem telefonu i tam mam dzwonić, bo ona nic więcej nie może pomóc,
  • dzwonię pod kolejny numer i wywalam po raz en-ty sprawę,
  • jest przełom, proszę odwieźć paczkę do punktu, na tej trasie jest nowy pracownik i jeszcze nie ogarnia wszystkiego,
  • wracam do punktu oddaję paczkę i znowu klocki z potwierdzeniem odbioru, bo obsługa nie chce jej podbić,
  • ryczę, że nie zostawię towaru za taką kasę i nie pójdę się bujać żeby po kilku dniach się przekonać, że paczka uj wie gdzie jest!!! 
  • wreszcie otrzymuję pokwitowanie.
A dzisiaj do pracy wziąłem dzidę... i  nikt nie próbował zawracać mi doopy głowy.



źródło: klik

poniedziałek, 13 listopada 2017

Batalia o bilet

Mówią, że jak zacznie się poniedziałek taki będzie cały tydzień. No za bardzo nie uśmiecha mi się taka mieszanka wybuchowa i rzucanie ujami na prawo i lewo

Miało być spokojnie i przyjemnie a wyszło tak jak zawsze. O wszystko trzeba walczyć i mieć się na baczności bo każdy chce cię tylko w konia zrobić, ale może od początku.

Pamiętacie sprawę mostu i darmowych przejazdów - pisałem o tym na początku listopada. Otóż darmowa komunikacja się skończyła - o czym powiadomiono ludzi na lokalnym portalu 11 listopada!!! O dziwo na stronie MZK brak jakiejkolwiek informacji.

Skończyło się, to się skończyło. Trzeba było ustalić teraz o ile przedłuży mi się bilet. Liczenia za dużo nie było bo:

  • darmową komunikację wprowadzono 23 września,
  • bilet miałem wykupiony na okres 4 września - 3 października 2017 - czyli licząc od daty wprowadzenia darmochy do końca ważności biletu - wychodzi 11 dni,
  • kolejny bilet zakupiony 31 października był na okres 2 listopada - 1 grudnia. W tym czasie darmocha była przedłużona do 12 listopada, więc zrobiło się dodatkowe 11 dni,
  • czyli 11 dni za pierwszy bilet plus 11 dni za drugi bilet daje nam dodatkowo 22 dni i o tyle powinien być przedłużony bilet, którego ważność przedłuża się z 1 grudnia na 23 grudnia.
To co mi wydawało się proste i logiczne takie samo nie było dla kasjerki. 
Zaczęła sprawdzać, niuchać czy to są moje bilety - chociaż opisane. Kreślić, stemplować i na końcu okazuje że ważność biletu została przedłużona do 12 grudnia.

Miał być 23 a zrobił się 12 grudnia???

Mówię kobiecinie, że źle policzyła, źle pozmieniała daty na bilecie. A ona swoje, że dobrze. Kolejka za mną duża, bo gościu przede mną zmieniał daty na sześćdziesięciu biletach. Nie wiem skąd je miał, bo na rozpłodowego królika nie wyglądał. Spasowałem

Jadę i myślę, oj nie podoba mi się sprawa dat na biletach. Zerkam w pracy i jeden bilet mam ważny do 23 listopada a drugi mam ważny od 2 listopada do 12 grudnia. Bilety się dublują.

Dzwonię do sekretariatu MZK i zapytuję kto odpowiada za kasjerki bo one liczyć nie umio, a tu baba z paszczem, że ona od tego nie jest, sypie mi numerem i rzuca nie przełączę pana, musi pan dzwonić. Noszzz qrw mnie chwycił.

W końcu się dodzwaniam do gościa od kas. Spokojnie tłumaczę mu o co chodzi, jakie mam daty na biletach a on ja nie mam czasu ani jak zapisać to musi pan sam. PIĘCIU MINUT PAN NIE MASZ!!! PRZECIEŻ TŁUMACZĘ!!!

Uwolnił gościu bestię!!!

Ryk pomógł, gościu spuszcza z tonu. Cztery razy mu tłumaczyłem o co chodzi. W końcu chyba coś tam zaczyna trybić a to Pan ma trzydziestodniowy. Nie to źle Panu wypisała. Ten jeden jest ok a ten drugi nie od 2 a od 24 listopada i w sumie 30 dni się panu należy bo 22 dni zaległe i 8 dni różnicy na bilecie.

Można? Można!

Wracam do Kasjerki. Tłumaczę, że daty się nie zgadzają bo bilety się dublują. A to pan, bo ja każdy bilet z osobna policzyłam a one przecież do jednej osoby należą. Przecież Pani już to sprawdzała - kwituję krótko.
Patrzy na bilety i stwierdza to ja nowy wystawię bo tu już nie ma gdzie kreślić.

WTF

Drugi bilet był lepiej pokreślony,
jednak został zabrany...

...i dostałem nowy.

[EDIT]
Przyszła kurtka i jest oczywiście za duża. W rozmiarówce na stronie jest max 158 w klacie a w rzeczywistości 172 cm. 
Idę się zastrzelić.

sobota, 11 listopada 2017

Na słodko

Połówka rusza z pieczeniem domków z piernika na święta a ja mam chwilę aby pokazać jej dzieła. Pomijam już pyszne serniki, wuzetkę, pijane rodzynki i makowce. Dziś będzie tortowo.


Tort dla Babci Czerwonej z okazji pięknego wieku.
Babcia uwielbiała robić na drutach.

Prezent dla Czerwonej.
Czerwona torebka.

Tort dla wnuczki znajomej
z okazji pierwszego roczku.

Tort dla znajomej
z okazji pierwszej rocznicy ślubu.
O dziwo żadna cukiernia w okolicy
nie chciała im zrobić tortu w kształcie serca.

Tort dla znajomej z pracy
na chrzciny jej syna.

Tort dla córki znajomej
z okazji urodzin.
Dzieciak się prawie popłakał ze szczęścia.

Kolejne torty udekorowane
techniką carvingu.



Dla Elektryka z okazji
wypadnięcia trzydziestki.

Tort dla siatkarzy
z sąsiedniej gminy,

I specjalne zamówienie
na wieczór panieński.
Ile to było konsultacji
żeby zachować kształt
pana P.
No to tyle z pokazem. Wszystko ładnie i pięknie tylko po takich robotach kuchnia wygląda jakby małe tornado przez nią przeszło.

Burdello ujarzmione.

PS. Najnowsze dzieło z rąk Połówki dla żony szefa Czerwonej.

czwartek, 9 listopada 2017

Barany za kierownicą

Uratował mnie refleks ślepego, aż się spociłem. Ale może od początku...
Do pracy mogę jechać dwiema trasami. Krótszą, krajową, ale o natężonym ruchu i ciut dłuższą, ale spokojniejszą.

Opcje dojazdu do pracy.
źródło: klik

Wyjeżdżając z osiedla wystarczy zerknąć w lewo, pod wiaduktem widać drogę krajową, wiec szybko mogę stwierdzić jaki panuje na niej ruch. Dzisiaj, ze względu na samochód-za-samochodem na dwudziestcepiątce, wybrałem dłuższą trasę. Chociaż się wbijać nie musiałem, bo każdemu się spieszy. 

Jadę sobie znaną od lat trasą, mijam cmentarz i zagajnik, gdzie często wędruję z Lizakiem. Pokonuję zakręt przy lesie, do którego jeździliśmy, latem z Połówką i Lizakiem i gdzie oddawałem się swojej amatroskiej fotografii. Mijam Wieruszew, miejscowość która związana jest z kuzynami Alfreda Wierusza-Kowalskiego, tak tego sławnego malarza od wilków.  Malarza, do którego należał Pałac w Mikorzynie.

Cisza, samochodów mniej. Nie ma się co spieszyć... zdążę przecież. Jadę spokojnie, teren zabudowany a i szaraczków z suszarką można się spodziewać. Doganiam auto przed sobą. Nie będę się spieszył - myślę sobie - za chwilę i tak będzie dwupasmówka.

Auto przede mną zwalnia 55... 50... 40... 30...

Noszzz qrwa, droga przed nim pusta, czysta, a baran bez powodu zwalnia bo mnie za sobą zobaczył. Nic to. Zerkam na przeciwny pas. Auta są daleko, zdążę. Kierunkowskaz, lusterko, dodaję gazu, lusterko i zaczynam barana wyprzedzać. 

Na wysokości mijanego auta zauważam, że na drodze podporządkowanej stoi białe auto. Zmieniam kierunkowskaz, wracam na swój pas ruchu a tu białas z podporządkowanej wyjeżdża i staje w poprzek na dwóch pasach. 

Hamulec ląduje w podłodze. Ja pierdolę... wyrywa się z gardzieli mej. Gdzie się qrwa pchasz... ciągnę dalej. Zatrzymuję się metr od barana. Po przeciwnej stronie auta też ledwo wyhamowały. 

A Baran co? A Baran jakby nic odjeżdża. Widzę jego tylne światła, które slalomem mijają innych uczestników ruchu.

źródło: klik

wtorek, 7 listopada 2017

Udało się

Od tamtego roku próbuję nabyć nową kurtkę na zimę. Cóż, moich poszukiwań nie mogę zaliczyć do udanych. Można je opisać jako jeden wielki wqrw. Nie będę bluzgał, chociaż powinienem, ale to co się w fasonach męskich ubrań wyprawia to jakaś wielka popierdóła. Faceci zaczynają wyglądać jakby w damskie ciuchy się ubierali, kurna slimów im się zachciało. 

źródło: klik
Ja tam Jacyków nie jestem żeby z siebie pawia robić. Chociaż nie powiem, umie facio doradzić w stylizacji nam szarym ludzikom. Mówi o tym co jest modne i co się nosi, ale z Grażyny czy Janusza nie robi biegającego strusia emu tylko uwydatnia zalety i maskuje wady. To może tyle achów i ochów na temat owego gościa, który zazwyczaj przyprawia mnie o wytrzeszcz oczu, he he he.

Prosty chopak jestem i dla mnie modnie znaczy wygodnie. Wybieram co mi pasuje do sylwetki - jeszcze lustro w domu mam i umiem spojrzeć na siebie krytycznym okiem. Do tego Słodka ma ten dar i wystarczy jeden rzut okiem i ciuch ląduje w koszyku albo wraca na półkę w sklepie. Czasami to mam wycie jak to sprzedawcy latają nade mną i próbują mi wcisnąć bubel. Wystarczy, że Słodka kiwnie głową nie i koniec. Pamiętam jak kiedyś bardzo natrętnemu sprzedawcy wypaliłem, bo mnie już zjeżył, facio możesz na głowie stanąć a i tak tego nie kupię. Mina sprzedawcy bezcenna.

Powróćmy może do moich poszukiwać. 
W sumie to jak zwykle Słodka wynalazła mi kurtkę w necie. Owa firma ma u nas sklep stacjonarny, ale akurat tego modelu nie mieli na stanie. Podejść do kupić czy nie kupić miałem kilka. Duży wpływ na to miała cena, która zwalała mnie z nóg. Kurtka kosztowała przeszło dwa razy tyle co obecna zimówka

Pierwsze podejście fiasko bo kasa świeci pustkami - niby w pracy mundurówkę płacą, ale kiedy to nastanie - niewiadomo. 
Drugie podejście było z serii chciałem zaoszczędzić - bo pani w sklepie dorzuciła mi kod rabatowy -25%, ale dopiero od 9 listopada, więc warto byłoby czekać - tylko w między czasie towar wykupiono. Chyba nie muszę dodawać ile się od Słodkiej nasłuchałem za tą moją ekonomię.
Trzecie podejście było dzisiaj.
Z rana wchodzę na stronę sklepu bo może jednak kurtka się pojawi. Pacze i jest. Szybko za telefon, rozmowa ze Słodką. Krótkie podsumowanie z mojej strony pieprzyć rabaty, bo towar gorący i zaraz nie będzie. Się naklikałem i... zamówienie w realizacji.

A tak się prezentuje na stronie sklepu owa kurtka, o którą tyle było nerwówki.

źródło: klik

Teraz tylko pozostaje oczekiwanie na kuriera.

poniedziałek, 6 listopada 2017

U weta

Jako, że w piątek, nieoczekiwanie, zostałem pozbawiony laptopa to wpis ląduje dzisiaj.

W piątek, wbrew zapewnieniom, że otrzymamy chomika, zataszczyliśmy nasze czarne szczęście do weta. Problem ten sam od kilku miesięcy atopia skóry, drapania się, alergia.

Po ostatniej wizycie w sierpniu, wszystko się uspokoiło i myśleliśmy, że tą sprawę mamy już za sobą. Jednak od kilku dni Rico drapał się jak opętany, wykąpaliśmy go w specjalistycznym szamponie, ale spokój był tylko jeden dzień. Zatem był nie było, w piątek, stawiliśmy się ponownie w lecznicy mimo, że jest to dzień kiedy przyjmowane są psy chore, przeprowadzane są operacje i inne zabiegi.

Jak wygląda nasza wizyta?
To nie tylko wsiadanie i wysiadanie z auta.
Rico szybko załapuje gdzie jedzie, chociaż nic nie wspominamy o celu naszej podróży. Kiedy finiszujemy, i od weta dzieli nas ostatnie rondo, Lizak uważnie patrzy czy jedziemy prosto czy skręcamy. Wtedy już wie co go czeka.
Na miejscu muszę szczelnie wypełnić otwór w tylnych drzwiach, bo nasz lord szuka drogi ucieczki. Następnie na podwórku zostają obszczekane wszystkie drewniane figurki psów bo to wróg jest.
Po tym głośnym entre nasza galareta daje się zaciągnąć do lecznicy.

Spotkanie z wetem przebiega standardowo. Wywiad na temat co nas sprowadza, ważenie galarety i psiuta wędruje na stół weterynaryjny. Tutaj Rico daje upust swojej strachajle i opróżnia swój gruczoł krokowy. Klimat robi się specyficzny, zniewalający. Następnie badanie skóry, zastrzyk, tabsy, wpisy do książeczki, instrukcje jak podawać leki i... kasowanie z portfela.

Tym razem Rico pokazał co myśli o wecie.
Kiedy doszło do finalizowania naszej wizyty i kasa wybiła kwotę do zapłaty. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy kiedy nasza gwiazda podniosła nogę i dała upust pęcherzowi. Wet skwitował krótko wybryk naszej Czarnej Małpy. 


Spokojnie, to miejsce
wszystkie psy olewają.

czwartek, 2 listopada 2017

Refleks szachisty

Jakoś ciężko pozbierać mi się po nalocie kuzynki z Niemiec. Nawet sama pogoda w tym nie pomaga. Widać stan ducha udziela się również urzędasom, którzy działają w zwolnieniu i decyzje podejmowane przez Miastowego Królika przekazują do wiadomości publicznej z opóźnieniem, ale może od początku.

W połowie września ni z gruchy ni z pietruchy bez powiadomienia kogokolwiek zamknięto drugą przeprawę w mieście. Chyba nie muszę a w sumie muszę nadmienić, że na drugi most mieszkańcy czekali około 50. lat. Nowy most wytrzymał niespełna 10 lat i kosztował około 200 milionów złotych.

Nowa przeprawa - Most Unii Europejskiej
źródło: klik
Normalnie ręce i cycki opadajo, żeby w  XXI wieku inwestycje na takim poziomie finansowym nie wytrzymały 10 lat, bo jakaś tam awaria kabla sprzężajnego zamroziła miasto w korkach. A miał być taki ładny, europejski i wyszła doopa. 

Dobrze, że stary most żelazny przejął obowiązki młodszego inwalidy i jak na razie daje radę. Budowany był prawie sto lat wcześniej i z dobrych materiałów. Po niedawnym remoncie okazało się, że nie trzeba żadnej części konstrukcji wymieniać. Wystarczy piaskowanie i malowanie.

Most Żelazny
źródło: klik
Takie to mosty spinają i rozładowują zakorkowane miasto.

Zatem tak pokrótce przedstawia się sytuacja mostowa a co za tym idzie i komunikacyjna. Miastowy Królik łaskawie wymyślił, że na okres (w sumie nie wiadomo jaki) komunikacja miejska jest za darmo. Z lekka się wqrwiłem, bo bilet miesięczny wykupiony poszedł się ryćkać. Jest niby coś takiego, że ważność biletu się przedłuża o dwa tygodnie. 

Wszystko pięknie i ładnie tylko powstał kolejny burdel, bo ja bilety kupuje dwa: dla siebie i dla Toja. Toya w tym okresie (wrześniu)  była na zwolnieniu lekarskim więc zmieniła by się nam data zakupu biletów. Dla niej na początku miesiąca a dla mnie w połowie miesiąca. Nie uśmiechało mi się takie bieganie. 

Jednak w międzyczasie Miastowy Królik przedłużył darmowe przejazdy do pierwszego listopada  włącznie i sytuacja biletowa zaczęła mi się z lekka klarować. Stwierdziłem, że wolę darować sobie dwa tygodnie jeżdżenia za darmo i mieć porządek w papierach. Szczęśliwy jak małe bobo ostatniego października kupiłem bilety dla siebie i dla Toja, bo żadnej nowej wzmianki o darmowych przejazdach nie było.

A wieczorem gruchnęła wiadomość w internetach, że miłościwie nam panujący Miastowy Królik w swojej łaskawości przedłużył darmochę do 12 listopada. 
Nosz qrwa mać. 

O mostach można poczytać sobie tutaj:

środa, 25 października 2017

Kwadratowi ludzie

Ostatnio, oprócz pogody,  dobijają mnie ludzie. Już nie wiem jak z nimi rozmawiać. Umawiam się, że to a to tak ma być zrobione.  Przytakują, jednak kiedy chcę przejść do kolejnego etapu pracy to doopa blada. Nic nie jest zrobione.

Dzwonię do sklepu, w którym zamawiam ser, z którego Połówka robi sernik. Oczywiście zostawią, nie ma sprawy. Jadę po pracy i co? Pół godziny szukania i tłumaczenia po co przyszedłem. Potem ser się znajduje, a na koniec sprawdzam datę ważności i pozostaje mi jeden dzień. Noszzz urwa mać. Patrzę do chłodni a tam leży ser z terminem ważności dziesięć czternaście dni.

Dzwonie do pracy, żeby mi Kumpela zostawiła dvd na biurku bo pod wieczór podjadę i podłączę sprzęt na jutro. Zajeżdżam, zerkam na biurko i... doopa. Dzwonię do Kumpeli i słyszę, że ona sprzęt zostawiła, ale u siebie w pomieszczeniu. Na pytanie jak mam się tam dostać, stwierdza bez zająknięcia no przecież mówiłeś, że wejdziesz.

URWA DO FIRMY A NIE DO JEJ BIURA!!!

W sobotę czeka nas rodzinna impreza. Przy okazji zawita do nas kuzynka z Niemiec. Od kilku dni piszę kiedy przyjadą, żebyśmy mogli ich odebrać i skąd bo kolej u nas się remontuje. Dopiero dzisiaj, po ruszeniu nieba i ziemi, udało nam się ustalić co i jak.

Zatem czuję się wypruty. Czytam, ale nie komentuję.

sobota, 21 października 2017

Pogaduszki przy książce

Połówka ostatnio bardzo się zaniedbała pod względem odpoczynku. Cały świat chciałaby zbawić!!! Zatem organizm zbuntował się i odmówił posłuszeństwa. Chciał, nie chciał, mam przymusowe el-cztery i co chwilę goopote z głowy jej wybijam, bo nic tylko by latała.

Doszło do tego, że zaaplikowałem jej chwilę z książką. Wcześniej, dzięki sąsiadce, Połówka zaczytała się w dwóch tomach Róży z Wolskich. Teraz, trochę na opak, czyta Cukiernię pod Amorem. Czyta, cytuje mi co ciekawsze kawałki, dyskutujemy... ot domowy dyskusyjny klub książki. Posłuchajcie.

POŁÓWKA: Przeczytam ci opis stroju panny młodej z 1895 roku.
JA: Okej.
POŁÓWKA: (...)na ciało zakładała cienką, krótką haleczkę na ramiączkach. Od pasa pantalony z koronką. Następnie zakładała gorset. Stanik z kryzą. Na to szła halka i dopiero suknia ślubna.
JA: I weź się tu do takiej dobierz. Jak facet był napalony, zanim to wszystko z niej ściągnął, to było po wszystkim. Normalnie sam się consumato.

Minęła krótka chwila i Połówka zaspokaja moją ciekawość co do nocy poślubnej.

POŁÓWKA: Chcesz wiedzieć jak była ubrana Panna Młoda na noc poślubną.
JA: Dawaj.
POŁÓWKA: Ubrana była w długą koszulę nocną. Zaopatrzoną w dziurkę na wysokości sromu obszytą niebieską nitką.
JA: Co?!
POŁÓWKA: śmeich
JA: To kuźwa co on w łucznika się bawił  i strzelał do celu!!!

I tak to u nas wygląda.

piątek, 20 października 2017

Sobota czternastego

W poprzedni piątek rozmawialiśmy z Panterą, na Messenger'ze, na temat łódzkiego street artu Marka Jenkisa. Gościu zamontował kukły facetów z dziurami w klatce piersiowej i poumieszczał na placu, który odwiedzaliśmy razem z Panterą podczas wrześniowego spotkania.

Pozostawmy kukły i wróćmy do naszej rozmowy, która zeszła na tematy mojego dziergania bloga a dokładniej złośliwości rzeczy martwych. Pantera skwitowała krótko, że to uroki piątku trzynastego.

Takim malowniczą animką Pantera skwitowała
piątek trzynastego.
źródło: kllik

Jednak dla mnie ten dzień był zazwyczaj dniem neutralnym, czasami szczęśliwym, bardzo rzadko pechowym. Inaczej sprawa tyczyła się kolejnego dnia czternastego Zazwyczaj w tym dniu obrywałem pałę w szkole czy działo się coś niedobrego.

źródło: klik

Tym razom tradycji stało się zadość. 
Pierwszy o czternastym przypomniał mi smarkacz, który za cholerę nie chciał się zablokować. Wciskałem blokadę fona a on tylko ściemniał ekran i przy wybudzeniu nie wołał kodu czy zwykłego przesunięcia po nim palcem. O żądaniu odcisku palca nie wspomnę, chociaż miał ustawiony skan linii papilarnych - takie zabezpieczenie. W sumie w doopie to miałem bo był weekend, gorzej w poniedziałek - w tyrce telefony muszą być zablokowane inaczej ciekawscy w nich grzebią. Pomógł reset ustawień.

Niestety to nie był koniec atrakcji.

Mistrzostwo w byciu upierdliwym należy się naszej nowej pralki. Pralka jest z tych mądrzejszych i waży rzeczy a następnie dobiera ilość wody i czas prania. Tym razem w czeluści pralki trafił chodnik łazienkowy. Pranie przebiegało bez zgrzytów, nie to co u Pantery, jednak kiedy doszło do wirowania nastąpił zonk. Przez półtorej godziny układała ona pranie (chodnik) i nie chciała wirować. Wyłączanie, poprawianie prania, zmiana prędkości wirowania na nic się zdawały. Nawet filtr rozkręciłem i wyczyściłem, chociaż był czysty. Nic, zero poprawy. Mokry chodnik trafił na suszarkę i groziło mu bardziej zgnicie niż wyschnięcie.

A w niedzielę.
Pralka go odwirowała bez zająknięcia. Za nami kolejne prania i zero zgrzytów.

Na zakończenie dnia kolejna niespodzianka. We wannie popsuł się syfon półautomat.


źródło:klik

Zasada działania jest prosta. W sitku przelewowym znajduje się pokrętło (u góry na zdjęciu). W momencie przekręcenia go korek (na dole zdjęcia) opada i otwór wanny się zamyka.

Tak to wygląda po zamontowaniu we wannie
źródło: klik

Musiało coś się stać z linką (czarna przewód na zdjęciu u góry). Na razie kupujemy zwykły korek. Sekcja wanny wymaga wymontowania szafki i umywalki oraz wyciągnięcia wanny z zabudowy. Za tydzień przyjeżdżają goście i rozpierducha szykuje się na później.

No więc widzisz Panterko, że czternasty zawsze potrafi nas dopieścić i jak się wali to na całego.

czwartek, 19 października 2017

No i wydziergałem

Prawie tydzień mi zajęło dzierganie. Pięć razy przerzuciłem 89-91 stron - około tysiąca postów. Wczoraj i przedwczoraj ogarnęła mnie mała załamka przy wgrywaniu tekstów, ale jest!!! Udało się!!! Całą moja dotychczasowa blogowa tfuuurczość znalazła się w jednym miejscu.

Uff!!!

poniedziałek, 16 października 2017

Trochę zanikłem

Trochę mnie ubyło z blogowego świata. Zanikłem na chwilę, ale wszystko za sprawą wielu spraw, które na głowę się zwaliły.

Po pierwsze primo szykujemy się do wielkiej imprezy rodzinnej. Powiązane jest to z wyjazdem. Niestety Wędkarzowi trochę mina zrzedła bo liczył, że to ja będę robił za kierowcę a tu rodzinka z zagramanicy się zwala. Chciał nie chciał jedziemy na dwa auta.

Po drugie primo szykujemy się na zwał rodzinki z zagranicy. Słodka jeszcze w szał sprzątania nie popadła jednak wszystko przede mną.

Po trzecie primo Słodkiej trafiła się fucha na dwanaście placków, dwa torty i jeden jabłecznik. Zapierniczała cały tydzień.

W między czasie zaliczyliśmy wyjazd do sąsiedniej miejscowości w poszukiwaniu kreacji dla Słodkiej. Udało się i jest.
Trochę wcześniej Znajoma doradzała Słodkiej, że powinna sobie kupić sukienkę z efektem wow. Jako chop to mogę powiedzieć, ze efekt wow jest. Niby prosta sukienka a człowiek jakoś odżywa  - nawet bez Braveranu.

Jeszcze w sprawie imprezy rodzinnej zmachałem kartkę na tę okoliczność. Dwa dni siedziałem i dziergałem jak świstak sreberka i jest zrobiona. Oczywiście kartką pochwalę się po imprezie.

A na koniec siedzę w blogowych czeluściach i szykuję małą rewolucję. W sumie to w masochizm popadłem bo 89 stron tysiąc tekstów modernizuję już po raz trzeci. Ale dam radę kto jak nie ja. Na razie uprasza się osoby wtajemniczone o nie mówieniu co szykuję.

No to na tyle. Wracam do dziergania.

czwartek, 5 października 2017

Korepetycje z matematyki

Przedwczoraj Znajoma zadzwoniła do mnie z zapytaniem czy bym nie pomógłbym jej z zadaniem z matematyki, bo głowi się i nie wie jak Młodej to wytłumaczyć. Jako że jestem niesamowicie uczynny człowiek to zarzuciłem krótko dawaj.

Znajoma podyktowała mi zadanie przez smarkacza i poprosiła żebym wszystko jej opisał co i jak robię. Uwielbiam zadania z treścią, z dwiema niewiadomymi spinane klamerką {. Pamiętacie je?!

Sekundę zajęło mi rozpisanie zadania, zrobiłem fotkę i wysłałem mememesem.

Tak na szybko nabazgrane.

Nie minęła chwilę a Znajoma dzwoni i mówi, że oni tak nie robią, że tak jest trudniej. Oni robią to jednym równaniem. Kopara mi opadła. Przecież to był najprostszy sposób i bardzo logiczny. Głupi by zrozumiał bo jedno równanie wynika z drugiego. 

A wczoraj Młoda była u mnie na korepetycjach, bo nic a nic nie rozumiała. W sumie nie dziwię się jej.

Po pierwsze zadania są bardzo nieczytelne, trzeba się uważnie wczytać w treść zadania.

Po drugie takie rozpisywanie w jednym równaniu powoduje, że uczeń nie wie co się z czego bierze i dlaczego. Sam siedziałem chwilę i studiowałem zadania zanim coś skumałem.
Takie równania im wychodzą, dla przykładu zadanie, które robiłem wyżej starą metodą: 26: (2x3+7)=... Może niby prościej ale na pytanie skąd jej się tam wzięła trójka i dlaczego Młoda nie potrafiła odpowiedzieć.

Po trzecie zero podstaw. Młoda nie miała wytłumaczonych: kolejności zadań, zamiany ułamków dziesiętnych na ułamki zwykłe i odwrotnie, mnożenia i dzielenia liczb przez 10 100 1000, mnożenia ułamków. MASAKRA!!!

Po czwarte materiał jest taki, że nie ma nic po kolei. W zadaniach wychodzą ułamki a oni jeszcze ich nie mieli, nie wie jak je zapisywać.

Tak mnie to wszystko zastanawia czy te wszystkie wielkie zmiany w edukacji były potrzebne Przecież nie wszystko co z tamtej epoki było złe. Do dziś pamiętam ile się zadań wykonywało i wszystko było jakoś logicznie spięte materiałem nauczania.

Chyba tym u góry o to chodzi aby dzieci płodzić, co niemiara, bo przecież jest 500+. Jak już się napłodzi to trzeba wyuczyć, ale tu też nie za wiele, bo przecież szarą masą lepiej się rządzi. Po co takich szkolić! Oni mają tylko umieć się podpisać, nisko trzymać głowy i słuchać Czarnych na niedzielnej mszy, aby wiedzieli gdzie postawić krzyżyk podczas kolejnych wyborów.

poniedziałek, 2 października 2017

Park i Zamek w Gołuchowie

Niedziela rozpoczęła się żurawim spotkaniem. Słoneczna pogoda zachęcała do dalszych wędrówek. Rozważaliśmy kilka możliwości, ale w końcu stanęło na Zamku w Gołuchowie gdzie mogliśmy razem z psami wędrować po parku.

Wyjazd do Gołuchowa planowałem już od dawna, ale zazwyczaj jak coś planuję to nie wychodzi. Tym razem polecieliśmy po bandzie i z wyjazdu wyszedł jeden wielki spontan.

Droga do Gołuchowa też jeden wieli spontan, bo w pewnym momencie trafił mi się taki drogowy zygzak. Trzeba się było nieźle nakręcić kierownicą a z drugiej takie malownicze stado krów. Tak między nami mam słabość do krów. ;)

Zygzak i otoczenie
dzięki Google i Street View.

Wielki zgrzyt przeżyliśmy podczas parkowania. Nie ma co liczyć na parking ;( i jedynie dzięki fuksowi udało nam się zaparkować na szerokiej ulicy biegnącej przy ogrodzeniu Parku.

Zaznaczyłem trasę, miejsce zaparkowania
i wejście do Parku
a wszystko dzięki Google i Street View.

Zamek w Gołuchowie*

Historia zamku Gołuchowie liczy ponad 400 lat. Pierwotną budowlę o charakterze obronnym, z basztami w każdym z narożników, wzniesiono w latach 1550-1560 dla Rafała Leszczyńskiego. Jedynymi pozostałościami są piwnice oraz fundamenty belwederu i trzech widocznych z dziedzińca wież.

W rezydencję magnacką przekształcił go syn Rafała - Wacław Leszczyński, kasztelan i wojewoda kaliski, kanclerz wielki koronny.






Niestety, przez kolejne 250 lat zamek w Gołuchowie przechodził z rąk do rąk i wyraźnie podupadał aż do połowy XIX w., gdy dobra gołuchowskie zakupił Tytus Działyński z Kórnika. W 1857 roku Jan Działyński, syn Tytusa, poślubił Izabellę Czartoryską, która poświęciła się przebudowie rezydencji.

Widok zamku od południowego wschodu przed odbudową
źródło: www.mnp.art.pl

Izabella sprowadziła z Francji artystów, którzy odrestaurowali obiekt na wzór zamków znad Loary. To im Gołuchów zawdzięcza wysokie, kryte łupkiem dachy, smukłe kominy i wystrój rzeźbiarski.

Park - arboretum**
Park został zaprojektowany w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, w stylu angielskim. Bezpośrednimi inicjatorami jego powstania byli ówcześni właściciele Gołuchowa Izabella z Czartoryskich Działyńska i jej mąż Jan Działyński.



W celu realizacji swojej koncepcji, utworzenia parku wzorowanego na najlepszych założeniach ogrodowych Europy, zatrudnili utalentowanego ogrodnika Adama Kubaszewskiego.

Park tworzony był w kilku etapach, a końcowy efekt był już widoczny pod koniec XIX wieku, kiedy to zajmował powierzchnię przekraczającą 150 hektarów.


Po dziś dzień zachował on swoją naturalistyczną formę, starannie wypracowaną przez tworzących go właścicieli. Stanowi malowniczą oprawę dla obiektów architektonicznych, które zlokalizowane są w jego południowej części.

Przez teren parku przepływa rzeka Ciemna, niegdyś nazywana Trzemną, której dolina posłużyła jako główna oś kompozycyjna. Na jej trzykilometrowym odcinku z prawej i lewej strony rozpościerają się widoki na kolekcje drzew i krzewów, łąki oraz polany.

Północną część parku o charakterze leśnym od południowej, określanej mianem arboretum, oddzielają dwa stawy widokowe. Na większym z nich utworzono wyspy, na których bytuje ptactwo wodne.

Dolina rzeki Ciemnej (Trzemnej)
fot. S. Kulawiak
źródło: goluchow.pl

Obejście dwóch stawów zajęło nam sporo czasu. Większość spaceru piesy biegały luzem jednak im bliżej znajdowaliśmy się budynków tym zagęszczenie luda było większe i smycze poszły w ruch.

Wejście do Zamku było oblegane przez ludzi, którzy czekali za wejściem, bo akurat odbywały się w nim dwie sesje ślubne. Jesteśmy zdania, że im mniej ludzi tym lepiej, zatem udaliśmy się w drugą stronę ku budynkowi porośniętego bluszczem. Ów budynek to Oficyna,  XIX-wieczny obiekt mieszkalny powstały na bazie wybudowanej gorzelni.

Oficyna zamku (odrębny budynek)

Nasz pobyt w gołuchowskim zamku dobiega końca. W drodze powrotnej napotkaliśmy jeszcze jedną "perełkę"  - Pasiekę z XIX w. z wystawą fotografii przyrodniczej - niestety była ona zamknięta.

Pasieka z XIX w.

Finałem naszego wyjazdu było zapadnięcie do Restauracji Zamkowej na małe słodkie. Miałem lekkie obawy o piesy, jednak Czerwona uspokoiła mnie, że tam tolerują psy. Nikt nie widział problemu abyśmy usiedli na tarasie z psami. Dodatkowo dostaliśmy miski z wodą dla psiutów.

Można? Można!!!
Brawo!!! Już są moją ulubioną restauracją w Gołuchowie.  

A co do deserów?
Duże, smaczne i niedrogie.
____________________
* źródło Onet Podróże
** źródło: goluchow.pl

piątek, 29 września 2017

Bociany i żurawie

Ostatnio było o zawale to dzisiaj będzie o bocianach i żurawiach.
Dla przypomnienia wędrujemy z Czerwoną po lasach, łąkach i polach. Zmierzamy do strugi i do małego mostku gdzie Czerwona często spotyka żurawie i sarny. Ot kolejny kąsek dla fotoamatora.


W drodze do strugi, hen hen daleko na polach, bociany drepczą po łąkach.


Docieramy na miejsce, rozglądamy się uważnie. W dali dostrzegamy sarny. Żurawie i tutaj nie dopisują.





Jednak po chwili naszą uwagę przykuwa coś innego, bociany. Mamy okazję uczestniczyć w spektaklu lądowanie w gnieździe.

Pierwszy z bocianów ląduje, tuż za nim Drugi, nie bacząc na nic, również szykuje się do lądowania.


Kraksa wisi w powietrzu znaczy się gnieździe. W ostatniej chwili Drugi odbija i odlatuje.


Kołuje nad gniazdem i podchodzi do kolejnego próby.


Obniża lot i zalicza bazę.


 Ledwo Drugi wylądował a już pojawia się Trzeci.


Nie zważając na nic pcha się na chama do gniazda.


Z daleka gniazdo wydaje się małe w porównaniu do wielkości bocianów. Samo zaś lądowanie to czysty majstersztyk. 


Podglądamy jeszcze przez chwilę bociany i żal tylko, że nikt z nas nie ma większego obiektywu. Wracamy, a po drodze piesa Czerwonej zalicza sesję zdjęciową.


Spotykam 'kuzyna", któremu spieszy się bardzo. Pewnie jakieś wyprzedaże w centrum handlowym się szykują.


Dopiero niedzielny poranek budzi nas żurawim krzykiem. Zaspany, wychodzę z piesami przed dom i bacznie się rozglądam po polach. Krzyki niosą się z pól okalających sąsiednią wioskę, po których coś spaceruje. Przykładam aparat do oka i...





Mimo zarwanej nocki, grillowania, warto było się zwlec z wyra bo kto rano wstaje ten ma zdjęcia żurawi.