Strony

czwartek, 20 lipca 2017

[32]. Alergiczny Lizak.

Noszzzz cholera jasna.
Musiałem sobie z wątroby spuścić bo inaczej to nie wiem co. Jakoś ten rok zaczął się dość, może nie pechowo, a upierdliwie. Styczeń miał przynieść dobre wieści, dać nadzieję a jak na razie to mamy lipiec i nadal jesteśmy w zawieszeniu, echhh.

Myśleliśmy, że chociaż z Lizakiem już lepiej a tu olejny klops. Prawie rok walczyliśmy z tzw. suchym łupieżem i wszystko zmierzało ku lepszemu a tu w kwietniu powróciło drapanie się psa. Przy każdym zabiegu furminatorem oprócz sierści wyczesywaliśmy jak myślałem ów suchy łupież. Dopiero podczas wizyty u weta okazało się, że ze skórą wszystko jest ok jeśli chodzi o łupież. Jednak ok nie jest jeśli chodzi o drapanie bo to alergia. Skóra jest czerwona (atopowa), uszy również zaczerwienione, w okolicach psiego interesu również jest czerwono i za ciepło.

Co jest alergenem nie udało nam się ustalić. Jedzenie nie zostało zmienione, spacery są w tych samych okolicach a na testy niestety nas nie stać. Jednak wet to człowiek myślący i podsunął nam nowoczesną terapię lekami.

Po pierwszym miesiącu stan Lizaka poprawił się. Drapał się on sporadycznie. Nawet wizyta u weta natchnęła nas nadzieją, że będzie dobrze oby do lata. Niestety miesięczna kuracja trzepie nas po kieszeni. Za nami dwie takie wizyty a teraz powinna odbyć się kolejna i stoję w zawieszeniu bo kasy brak.

W sumie to kasę mam, ale jak na razie wirtualną. Fucha zrobiona a kasy zero. Od kwietnia dzwonię i proszę o przelanie i doopa. Ostatnio usłyszałem, że najprędzej będzie to 31 sierpnia. Qrwa ale ja nie na fajki chce tylko dla psa na leczenie. Jakbym z kłodą gadał.
Jakaś znieczulica ludzi dopadła. Mógłbym pożyczyć po rodzinie chociaż na ten miesiąc leczenia, ale jak słyszę tekst a po co zaraz do weterynarza, pies się wyrzyga i zdrowy będzie. Ręce mi opadają i nawet nie zaczynam gadać bo sensu to nie ma.

Jak można być takim ujem. Sam jak chory, ledwie coś strzyknie, to leci i się lekarstwami okłada a pies to najlepiej do budy na krowi łańcuch. Drapie się to ma pchły.
A weź takiemu zwróć uwagę to ci jeszcze dopieprzy, że mi się w doopie od dobrobytu poprzewracało.

Czy ja qrwa jestem nienormalny czy jak?

Dobrze jest się czasami wyżalić. Właśnie znalazłem jeszcze jedno koło ratunkowe i jak ono nie wypali to już nie wiem co robić. Chyba jedynie nerkę trzeba będzie sprzedać.

środa, 19 lipca 2017

[31]. Rozmyślania

Powoli zaczynam się ogarniać. Regularne pisanie nie wychodzi mi. Lepiej natomiast idzie mi z czytaniem blogów. Mam swoją listę blogową. Zaglądam na nią codziennie, część wpisów czytam, część przeglądam i powoli próbuję wbić się w blogowy świat.

Ostatnio najszła mnie myśl, żeby na blogu ponownie zamieszczać zdjęcia. Kontra w postaci przecież masz od tego inne miejsce szybko ostudziła mój zapał.
Kolejny pomysł, który zaświtał w mojej łepetynie to połączenie mojego wcześniejszy bloga z obecnym. Co o tym sądzicie? Może zrobić jakieś bajerskie banerki do owych miejsc?

Rozmyślam bardzo dużo. Chyba myśliwym zostanę - znaczy się filozofem. Normalnie jakiś szał myślowy o ważnych i błahych sprawach mnie dopadł.

Kryzys wieku średniego, czy jak? 

Cały czas dźwięczą mi słowa Abigail (Lucyny Brzozowskiej), która po przekroczeniu czterdziestki postanowiła zmienić swój świat. Pamiętacie jeszcze jej projekt na polakpotrafi.pl? Jestem, tym szczęśliwcem, który tomik jej pozezji.

Wtedy nie zastanawiałem się nad jej chęcią zmiany. Teraz im bliżej mi do owej magicznej czterdziestki sam poszukuję swojej drogi. A może to coś innego. Postaram się to coś opisać później - muszę jeszcze do tego dojrzeć. Jednak ten rok jest rokiem przełomowym, który zadecyduje o dalszym być albo nie być.

Wiem, wiem. Dość tajemniczo piszę. Nie potrafię tak od razu wybebeszyć się z emocji są czasami takie dni, że wziąłbym się spakował i poszedł sobie w dal - ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Reset życiorysu.

środa, 12 lipca 2017

[30]. Magicy od liczników

Mija trzeci tydzień zmiany godzin pracy i jakoś nie mogę wpaść w rytm. Starzeję się czy co? A może zgnuśniałem do reszty? Chciałem dobrze a wyszło jak zwykle, a może niezwykle, bo w godzinach popołudniowych słaniam się i wyszukuję legowiska gdzie mogłyby spocząć moje członki.

Ale nie o tym miało być a o magikach.
No to może od początku.

W marcu podczas zebrania udziałowców mła bloku mieszkalnego, wielce szanowny Cwaniak-Zarządca ogłosił wszem i wobec, że czas nastał aby wodomierze wymieniać w sumie nie całe tylko moduł zliczający bo ten radiowy jeszcze ważność ma, więc co robimy?

Zanim napiszę jaką decyzję podjęliśmy i dlaczego (chociaż sam tytuł mówi za siebie) to wyjaśnię co to za licznik jest. Zatem ów licznik składa się z dwóch modułów: zliczającego ilość zużytej wody i drugiego modułu, który przesyła odczyt licznika drogą radiową do wodociągów i nie trzeba czekać, aż ktoś z wodociągów raczy siedzenie ruszyć i ów odczyt zrobić. Dodatkowo zabezpieczony jest on przed magnesowaniem, ale to już widzimisię Zarządcy.

No to tyle wyjaśnień, wracamy do meritum.
Głosy oczywiście były różne, część osób była za wymianą a część nie, bo piniendzy szkoda. Mnie najbardziej rozbawiła odpowiedź jednego Naiwniaka (posiada kilka mieszkań i mieszka w innym miejscu), który krótko skwitował całą debatę:  a po co wymieniać, oni już tyle lat mają liczniki bez homologacji, po co sobie koszty robić.
Babcią wiele nie potrzeba... i zaczęło się: a po co to wymieniać, piniendzy szkoda, a to trzeba robić, nic tylko kasa i kasa.

I tak biadolili i narzekali, a ukradkiem jeden na drugiego zerka żeby ktoś podjął decyzję, żeby na niego nie było. Mnie jednak zastanowiły słowa Zarządcy jeśli nie będzie homologacji liczników to każdy może wam zarzucić nieprawidłowość odczytu i w momencie jakichkolwiek roszczeń do wodociągów zostajecie państwo z kwitkiem. Ciul tam wodociągi, z nimi nikt jeszcze nie wygrał, bardziej chodziło mi o relacje międzysąsiedzkie bo oczywiście sąsiad dobry jak śpi i nie hałasuje a w innych przypadkach to siekiera w plecy.

Nie wiem do końca jak mi się udało przekonać całą sąsiedzką zgraję, ale wymiana liczników doszła do skutku i właśnie teraz Cwaniak-Zarządca raczył nas powiadomić kartką na drzwiach, że od poniedziałku wymianę czas zacząć.

Słodka przyszykowała się na najazd Magików, mła zagnała do odkurzenia wnęki z licznikami - wychodzę z filozoficznego założenia, że jak nikt nie zagląda to po co sprzątać.

W poniedziałek, Słodka, uwiązana na smyczy czeka na magików. Wyjście do sklepu to istny sprint bo nie znasz godziny kiedy Magicy nastaną. Wyjście z Lizakiem w granicach zawidzenia bloku bo nie znasz godziny kiedy magicy nastaną. I tak czekała, i obserwowała, i nawet Magików zlokalizowała - ba , nawet w naszym bloku byli. Zaznaczam byli i wybyli a było to tak.

Magicy na osiedle przybyli i dostali popierdolca. Biegali po całym osiedlu bez składu i ładu. Wymienili liczniki w jednym mieszkaniu i lecieli do kolejnego na drugim końcu blokowiska. W końcu zawitali i do naszego bloku i... około godziny trzynastej pierdyknęli wszystko i sobie poszli.
Słodka wkuła się na całego, bo czekała na nich jak goopia chociaż miała inne plany, które realizowała wczoraj i w siedzeniu miała owych Magików.

Kiedy wróciliśmy wieczorem do domu na powitanie, w drzwiach, czekała na nas kartka od Magików z serii chcieliśmy pracować a was nie było. A w doopie ich mam teraz oni sobie poczekają.


środa, 5 lipca 2017

[29]. Kozioł ofiarny z rogami byka.

No z lekka mnie w weekend po telepało.
Już w piątek po południu Wędkarz zaczął tworzyć z wyjazdem po auto. Napalony był jak nie wiem co, bo takie łamerykańskie, cud miód malina. I czego to on nie ma i to ma, i tamto ma i ach, i och. To tej jedyny, wymarzony, wyśniony i nie daleko - pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę. No to jedymy... a mła, czyli ja, odprawiam modły żeby to był ten, bo inaczej ptak mnie strzeli na miejscu.

No to jedymy. Wędkarz prowadzi auto jak szalony, bo mu zabawkę qrwa zabiorą. Mnie powoli ujnia strzela jak widzę jego szosowanie. W końcu nie strzymuuje i walę Wędkarza słowami między uszy, gdzie Ci się piii piii piiii piii piii spieszy, nie zdążysz, zabiorą Ci piii piii piii auto. Im bliżej znajdujemy się celu, tym coraz większe chmury się nad nami zbierają. Błyska się, co chwilę leje się z nieba i kiedy osiągamy punkt zero naszej wyprawy niebo rozlewa się na całego.

Niebo się rozlało i Wędkarz też, bo jak zaczął przeglądać, przesmradzać z miną obrażonego dziecka, któremu zabrano ulubioną zabawkę. A bo tej, pierdoły, nie ma - tamtej, pierdoły, nie ma. A mnie indor strzela. Nosz urwał nać - nie ma naklejek My Little Ponny to ja takiego auta nie che. Okej mógłbym się zgodzić, że hak mógłby się przydać tylko ja nie pamiętam aby w ostatniej dekadzie albo dwóch go potrzebował, że opony zdarte i góra jeszcze sezon wytrzymają  i jedna opona trzysta złotych kosztuje to sobie policz... to od ceny auta utarguj.

Zobacz, sprawdź, naciśnij, otwórz i tak w kółko Macieju, bo dziecko już obrażone na cały świat. Przejedź się. Nie będę jechał. Wsiadaj i przejedź się - ja go nie chce. Qrwa!!!, wsiadaj i się przejedź!!! Kupić nie musisz, ale będziesz wiedział przy następnym aucie co i jak!!!

I co? I auta Wędkarz nie kupił, bo takie jak on chce to są, ale nie w takiej cenie za jaką on chce kupić. Na nic zdają się tłumaczenia, że auta prima sort to są w salonie.

Zatem jak ujowo weekend się zaczął to tak ujowo się toczył.


Sobota, rano, komórka drze papę. Patrzę kto i rozłączam rozmowę, auto prowadzę. Oddzwonię jak dojadę. Już prawie u celu kolejne komórkowe darcie papy. Za chwilę parkuję więc się rozłączam. Dobra, dzwonię i doopa zajęte. Za chwilę kolejne darcie japy przez komórkę. Odbieram i... to był błont... bembenki w uszach gwałcone są przez darcie japy już nie komórki a kobitkę. Komputera mi nie zrobiłeś!!! Kiedy? Zapytuję się głupawo bo nie przypominam sobie abym robotę rzucił i nie zrobił. A tam dalej darcie japy.

W końcu się wqrwiłem i również się wydarłem bo skumałem co i jak. Kompa zrobiłem i to za free, bo to jakaś znajoma znajomej i w sumie nie było nic do zrobienia tylko ofiara nie potrafiła go obsługiwać. Po drugie jak ktoś nie potrafi zamknąć wyskakującego okienka - to sorry. I po trzecie... a co mnie qrwa obchodzi jakieś stowarzyszenie czy stanowisko asystenta czy inna cholera. Fajans nie jestem i nikt ze mnie jelenia robić nie będzie. Qrwa, sam zabiegałem o podobne stanowisko to wiem, że do takiej pracy minimum wiedzy potrzeba.

Dymać to ja a nie mnie.




środa, 28 czerwca 2017

[28]. Jak ten czas leci.

Nie wyrabiam. Czas zapiernicza i nie wiem kiedy zrobił się koniec miesiąca. Za dużo, za dużo tego wszystkiego na głowie. Słodka, jak zwykle suszy mi głowę, że w domu nic nie robię, a ja nie mam jak. Wychodzę do tyrki rano, wracam po południu. Obiad, mycie garów, pies, lekki spad pospacerowy, siusiu, mycie i spanie. I tak piać od nowa od poniedziałku do piątku.

Ostatni przedwakacyjny tydzień to jedna wielka gonitwa pcheł.
W tyrce myśl za wszystkich. Tysiące telefonów z Szefu, tysiące zapewnień i jak co do czego doszło to Szefu wylatuje z zapytaniem zrobiłeś już - a sam zapewniał, że wszystkim się zajmie. Piorytet szefostwa - ja mam ten palec od roboty - ty robisz to a ty to.

Dopiero ten tydzień wygląda spokojniej, spokojniej bo w tyrce zjawiam się o 5:30 i zanim reszta gwardii dobije to najpilniejsze sprawy mam już ogarnięte. Potem jest czas na bieżące sprawy na gwałt. Jedyne dobre tego wcześniejszego zjawiania się to wcześniejsze wyjście. A w domu jest czas na przeczytanie kilku stron książki.


A tak w ogóle to rozpoczęły się wakacje i... oby do urlopu.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

[27]. Znowu w drodze.

Moje wizyty na blogu można porównać do szwajcarskiego sera. Pełno w tych wizytach dziur.

Miało być o kolejnym rozjeździe, jednak zanim o nim to słów kilka o ponownym mła zaniknięciu. Nie to nie żadne czary a jedynie awaria łącza netowego. Magicy dwa dni się nad tym głowili zanim doszli co i jak. Zatem jestem, neta mam to się odzywam i piszę.

No to jak z tym rozjazdem było.
Wędkarz od trzech lat zbiera diengi na nowszy model samochodu. Nie pomogły moje zagadywania żeby wziął z salonu, bo przecież on wie lepiej. Nie będzie złodziejom autokasko płacił. Zatem siedzi jak ten świstak i zawija diengi w skarpetę.

Tak zawijał, zawijał, aż w końcu stwierdził, że starczy. Obkupił się w literaturę fachową, Otomłoto kazał sobie na komórce zainstalować i siedzi... szuka... co chwila inna marka... Niszan, Wagen, Tołjota, Unda. Osiłkowi w żłobie dano.

W końcu nie wytrzymałem i poetycko skwitowałem jego rozbieganie wśród aut: weź się człowieku zdecyduj na jedną markę, noszz kutwa mać!!! Normalnie jak dziewica się zachowujesz, i chciał byś i się boisz!!!

Zatem już w drodze do domu usłyszałem, żebym Paska jutro do jedenastej odstawił bo znalazł auto w stolycy i będzie jechał. Co było robić, z pierdzielem w doopce załatwiliśmy co trza i do Wędkarza bo przecież do stolycy ma uderzać.

Jeszcze nie zdążyłem wysiąść a już mnie wqurw dopadł bo Wędkarz zamiast się witać to wylatuje mogliście się nie spieszyć, nigdzie nie jadę. No chyba sobie jaja robisz!!! To mi pot boje zalewa a ty sobie ni z pietruchy stwierdzasz, że nie jedziesz.

Niczym nie zrażony ciągnie dalej. Jadę do Kielc bo tam autko znalazłem... i taniej. Już wszystko obgadałem, autko cacy, normalnie nówka nie śmigana. Tylko mi drugiego kierowcy brakuje... i paczy na mnie. Jakoś udało mi się wymigać, bo Wędkarz stwierdził, że zabierze Kucharza tylko musi się go spytać czy pojedzie. 

Kucharz też z swoje zagrywki ma. On woli powoli. Śniadanko, kawka, gazetka...i już widzę, że kombinuje jakby tu nie jechać. Wędkarz go zagaduje a on jak węgorz próbuje się wymigać... bo to nie jego bajka.

W końcu wyrywa mi się pojadę z tobą no bo ile można słuchać jednego i drugiego. Pojadę z tobą...uj, że Słodka się wkuwi, pojadę z tobą... i uj, że muszę wziąć urlop, pojadę z tobą...i tak tego nie docenisz.

I pojechałem po trzech-i-pól-godzinie snu. Pojechałem - nawigując przez cztery godziny bo Wędkarz mądrzejszy od dżi-pi-esu i pilnować go musiałem. Pojechałem, żeby na miejscu się przekonać, że tak się Wędkarz ugadywał i dopytywał, tak miało być wszystko cacy a tu proszę... auto walnięte było, tapicerka do doopy, obręcze hamulcowe do wymiany. A gościu od auta we Wawie bo tak się z nim Wędkarz dogadał. 

Telepło mnie porządnie. Może to było z nerw a może z głodu. Zatem pod Biedre na mały popas. Szamamy. Wędkarz ukradkiem spogląda, ja udaję że nie widzę i wqurw na twarz wyciskam żeby sobie nie myślał.

To co robimy zagaduje po chwili, bo wiesz mam jeszcze kilka aut tylko jeszcze z dwie godzinki drogi jest. Najpierw to sprawdź czy te auta jeszcze są bo, do kutwy nędzy, nie uśmiecha mi się deptanie po nic kolejnych kilometrów.

Jak się okazało - auta wybyli  a my jak te dwie doopy wołowe jak pojechaliśmy z niczym to z niczym wróciliśmy.

***

W piątek odpieram telefon od Wędkarza. Co jutro robisz?
DO PRACY IDĘ!!! DO PRACY!!! I UJ ŻE SOBOTA!!!

środa, 14 czerwca 2017

[26]. Żeby nie było.

Żeby nie było, że jak szybko się pojawiłem to jeszcze szybciej znikłem, to się odzywuję. Żyję, ale dopadł mnie ostatnio stan rozjazdowy.

W sobotę zaliczyliśmy Wrocław. Było super. Autokar to misz-masz spędu ludzkiego, od plus trzynaście do siedemdziesiąt pięć plus, i zero zgrzytów. O dziwo dyscyplina była, że ho ho.

Niestety tempo zwiedzania było ogromne, w stylu Julka Cezarjusza: byłem, zwiedziłem i się zmęczyłem.

Zoo oblatane w cztery godziny, widzieliśmy prawie wszystko. Owady i gady poczekajo na lepsze czasy. W botanicznym myślę, że wszystkie ścieżki schodziliśmy. Ogród pamiętam z lat dziewięćdziesiątych jednak teraz wydaje mi się dojrzalszy - a może to ja dojrzałem?

A co z pogodą?
Idealna. W drodze do Wro na wysokości Antoninka, podczas postoju na wuceta, kiedy to zwartą grupą szturmową dopadliśmy strefy ulgi z kontrofensywą ustosunkowywał się w naszą stronę Gienerał Deszcz. Efektem czego było rozbiegnięcie się zgrai autokarowej na pobliską stację z ON-em i 95Pb.

Pomniejsze deszczowe incydenty towarzyszyły nam do samego Wro. Jednak z poziomu autokaru wszyscy mieli wyechane na to, co nasz bolid olewa. W końcu Gienerał zmęczył się i odpuścił sobie dalsze zalewanie. Do czasu.

Dopiero przed ogrodem botanicznym pokazał na co go stać. Zdążyliśmy opuścić dyliżans, ustawieni w szyk ruszyliśmy w kierunku kasy i... Gienerał przypomniał sobie o nas. Na początku niczym nawalony malarz walił kroplami na oślep, po chwili zwiększył siłę natrysku. Z naszych gardeł wyrwało się domestosowe spierlalamy!!!

Jednak Generał niczym slaby kochanek jak szybko zaczął tak szybko skończył a nam do końca pobytu towarzyszyła już tylko żarówka z nieba.

To na tyle z Wro-relacji. Fajnie było tak oderwać się od rzeczywistości i zmęczyć się pozytywnie, bez myślenia - co jutro.

No własnie, to byłe jutro było okiej, jednak pojutrze szykowało kolejny rozjazd, ale o tym będzie zaś.




piątek, 9 czerwca 2017

[25]. Jutro przybywamy.

Jaka pogoda we Wrocławiu? Jutro przybywamy do...

źródło: go.wroclaw.pl

źródło: go.wroclaw.pl

środa, 7 czerwca 2017

[24]. Niedzielne zaskoczenie

Wyszłem i zapomniałem o wszystkim. Długo trwał powrót, za długo.  W międzyczasie tyle się wydarzyło, tyle chciałem napisać i doopa. Zazwyczaj wena bujała się gdzieś w przestworzach a mnie dopadł  zwis totalny, ale wróćmy do istoty sprawy.

Wędkarz, dwa tygodnie wcześniej, zarzucił w naszą stronę wniosek o pomoc w organizacji małej popijawy ze znajomymi. Rzeczowo we wniosku ujął, że za wodę ognistą sam odpowiada jedynie o co uprasza to o upolowanie zwierzyny na ruszt coby wódeczka miała na czym zlec.

Słodka jak to Słodka. Marudzi, że się nie godzi, że nie bo nie i tak dalej, i te pe, ale w ostateczności siada i dzierga. Znaczy dziergamy ręcznie i logistyczne bo spotkanie miało być niedziele tylko w nasze planowanie zaplątał się miejski burek i jego pomysł na blokowanie ulic jakby to Wawa była. Kuźwa biegów, rowerów i pływania na cały kraj mu się zachciało.

Zatem co miejski burek postanowił tak miało być. Ochotnicy z fujarami dosiedli swoich czerwonych maszyn. Słupki, bramki i inne taśmy zaczęli rozciągać. Do tego smerfy z pałamy (nadal ich nazwać smerfami jak kolory zmienili, nawet ich dyliżansy posiwiały). Zatem miśki z pałamy (chyba lepiej brzmi) wtórowali ochotnikom w myśl piosenki Budki Suflera bo do tanga trzeba dwojga. Co dziwne współczynnik wydajności makabrycznie spadł, po spotkaniu drużyny czerwonych z posiwiałymi, za to współczynnik pieprzenia organem ustnym osiągnął poziom krytyczny. Pomińmy może i tą kwestie i dalsze, pomniejsze, bo esej zaczyna mi się sklecać.

Krótko zatem.
Zdążyliśmy z całym tabunem garów, mięchem, kapuchą, kocykiem, słonikiem i Lizakiem przedzierzgnąć się pomiędzy pieprzacymi na chodniku. Znajomi również załapali się na przejazd bez pałowania. Spotkanie czas najwyższy było zacząć.

Zawsze, podczas takich zgrupowań, lubiłem przesiadywać nie za stołem a w kuchni. Chyba to wpływ małego co nie co, na które często można było się załapać. No więc stoję miedzy stołem a piekarnikiem. Mieszam, podgrzewam i co chwila zerkam przez okno na migających kołowrotków na jowejach. Lizak też nie próżnuje z poziomu ogródka, tratując po drodze wszystko co rośnie, opieprza jowerzystów.

W pewnej chwili moją uwagę przykuwa trójka na rowerach (mama z dwójką synów), którzy rozłożyli się na trawie porastającej przeciwległą stronę osiedlowej uliczki. Ot taki rodzinny piknik. Na trawie czerwony koc, obok rowery, na kocu mama z synami, kosz z prowiantem. Co chwila z poziomu koca słychać doping biegnący w kierunku kołowrotków.

Ze stanu przyglądania się owej trójce wyrywa mnie Słodka, która każe mi zamieszać w kotle na wszelki słuczaj. Jednak po chwili wracam do podglądania moich przypadkowych sąsiadów. Zerkam przez okno a moja szczęka, w tym samym czasie, sięga podłogi. Kopara mi opadła do poziomu zero bo otóż na kocu cała trójka (mam z synami) leżą i... CZYTAJĄ KSIĄŻKI!!! Każden jeden. Mama leży z plecakiem pod głową i zaczytuje się w jakimś grubym tomiszczu, obok starszy z synów w pozycji po turecku zaczytuje się w nie mniej grubej księdze. Przerywa czytanie jedynie na chwilę żeby wykrzykiwać kolejne sylaby dopingu w stronę sportowców. Z drugiej strony, młodszy z synów, również czyta!!!

Pacze i pacze i własny oczom nie mogę uwierzyć. Czuję się jak angielski biolog David Attenborough, który przygląda się wymierającemu gatunkowi człowiekus zaczytatus. Prze cały czas trwania maratonu (około 3 godzin) cała gromada zaczytatusów leżała i delektowała się książka. Nie było krzyków, przepychanek między synami. Zero komórek, laptopów, tabletów, peesów czy innej elektroniki. By za to relaks i sam na sam z literaturą. Obrazek na dzisiejsze czasy dość rzadki, pachnący epoką dinozaurów.

wtorek, 6 czerwca 2017

[23]. Czy mogę wrócić?

Czy mogę wrócić?
Niczym synalek mało-wytrawny, który po przehulaniu grubego portfela przypomniał sobie o kochanych pieniążkach płodoplastów.

Czy mogę wrócić?
Niczym rogotwórca po skoku w bok, bo myślałem, że z innym tforem będzie lepiej, szybciej, sprawniej i nie chodzi mi tu o zmianę seksiorientacji, nadal doskwiera mi tak niemodne w jewropie hetero.

Czy mogę wrócić?
Niczym upadła spółka do firmy matki, bo rozmienianie się na drobne rozmija się z celem. To nie szampon - trzy w jednym wcale nie jest super.

Czy mogę wrócić?
I znowu zatruwać czas innych swoimi wypocinami.

źródło: strefa-beki.pl

wtorek, 10 stycznia 2017

[22]. Czerwony telefon.

Czyli jak dorobiłem się hotline'a.

Święta rozleniwiajo, oj rozleniwiajo.  Kogóż innego winić za stan rozkładu w momencie, kiedy budzik drze japę i nakazuje wstać.  Kolejne wersy żołnierskiej pobudki ...ja tu trąbie pół godziny a wy śpicie skuwesyny... gwałcą niczym niezmąconą ciszę. Na budziku 5:45 a ten się wydziera jakby zegarka nie miał.

W stanie świątecznego rozkładu docieram do wrót kołchozu. Nawet goopie docinki pokroju ten to się wybyczył olewam w stanie lekkiego zaspania i marzę tylko o swoim biureczku, foteliku i komputerku. Marzę o swojej kanciapie, w której złoże swoje ciałko i usnę snem spokojnym i... tak do piętnastej.

Nadziejo, matko głupich. Wystarczy chwila a na łeb zwalają się nadgorliwi, którzy słyną z wymyślania prac innym. Na usta ciśnie się wielce ocenzurowane SPIERDALAĆ!!! Jednak jeszcze nie, jeszcze chwilę chcę utrzymać ten stan zaspania. Chociaż inni wiercą dziurę w całym, buczą nad łepiszczem, zatruwają ostatnie gramy czystego tlenu. To nie wybudzą mnie, taki jestem twardy.

Przymulenie nie opuszcza mnie przez cały dzień. Mija południe, popołudnie. Płynie sobie godzina za godziną a ja wydzwaniam, telefonuję, piszę i znowu wydzwaniam i telefonuję z poziomu własnej komórki bo mi tak wygodnie. Mam gest, bogatego nie stać - ano stać to dzwonie. Kto mi zabroni? W sumie i tak mam nielimitowane rozmowy na komórki i stacjonarne to mam gest.

Dopiero pięć minut przed końcem pracy doznaję przebudzenia. Jeszcze jeden telefon chcę wykonać, sięgam ręką w kierunku biurka i... nie ma!!! No wcięło mój firmowy telefon stacjonarny. No ale był bo przecież dzwoniłem - rozmyślam. Pewnie spadł. Wychylam się za biurko. Nie ma. No ale jak nie ma jak dzwoniłem - drążę dalej. Pewnie sprzątaczce spadł - plącze się sam ze swoimi myślami. W końcu gdzieś w odludnych czeluściach głowy mej trybiki zatrybiają i wyrywa mi się na głos myśl przecież ty z własnej komórki wydzwaniałeś.

Niczym Dźejms Blond skradam się po działach, sprawdzam, niucham. W końcu zaglądam do pokoju eM i walę pytaniami niczym stary, dobry Kałasznikow. A mój fon to gdzie? Pod naporem moich wystrzyżonych brwi eM pęka i sypie wszystkich po kolei. W sprawę zamieszana jest nie tylko góra, ale również dół. Niestety na szybki powrót fona nie ma co liczyć.

Kolejny dzień w kołchozie zaczyna się bombowo. Z samego rana na moim biurku ląduje czerwony telefon. Mam pewność, ze nikt go nie ruszy, bo nie wiedzo i się bojo z kim on ich połączy. Może z radiem, może z prezydentem a może z ojcem założycielem.