Strony

środa, 28 czerwca 2017

Jak ten czas leci

Nie wyrabiam. Czas zapiernicza i nie wiem kiedy zrobił się koniec miesiąca. Za dużo, za dużo tego wszystkiego na głowie. Słodka, jak zwykle suszy mi głowę, że w domu nic nie robię, a ja nie mam jak. Wychodzę do tyrki rano, wracam po południu. Obiad, mycie garów, pies, lekki spad pospacerowy, siusiu, mycie i spanie. I tak piać od nowa od poniedziałku do piątku.

Ostatni przedwakacyjny tydzień to jedna wielka gonitwa pcheł.
W tyrce myśl za wszystkich. Tysiące telefonów z Szefu, tysiące zapewnień i jak co do czego doszło to Szefu wylatuje z zapytaniem zrobiłeś już - a sam zapewniał, że wszystkim się zajmie. Piorytet szefostwa - ja mam ten palec od roboty - ty robisz to a ty to.

Dopiero ten tydzień wygląda spokojniej, spokojniej bo w tyrce zjawiam się o 5:30 i zanim reszta gwardii dobije to najpilniejsze sprawy mam już ogarnięte. Potem jest czas na bieżące sprawy na gwałt. Jedyne dobre tego wcześniejszego zjawiania się to wcześniejsze wyjście. A w domu jest czas na przeczytanie kilku stron książki.


A tak w ogóle to rozpoczęły się wakacje i... oby do urlopu.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Znowu w drodze

Moje wizyty na blogu można porównać do szwajcarskiego sera. Pełno w tych wizytach dziur.

Miało być o kolejnym rozjeździe, jednak zanim o nim to słów kilka o ponownym mła zaniknięciu. Nie to nie żadne czary a jedynie awaria łącza netowego. Magicy dwa dni się nad tym głowili zanim doszli co i jak. Zatem jestem, neta mam to się odzywam i piszę.

No to jak z tym rozjazdem było.
Wędkarz od trzech lat zbiera diengi na nowszy model samochodu. Nie pomogły moje zagadywania żeby wziął z salonu, bo przecież on wie lepiej. Nie będzie złodziejom autokasko płacił. Zatem siedzi jak ten świstak i zawija diengi w skarpetę.

Tak zawijał, zawijał, aż w końcu stwierdził, że starczy. Obkupił się w literaturę fachową, Otomłoto kazał sobie na komórce zainstalować i siedzi... szuka... co chwila inna marka... Niszan, Wagen, Tołjota, Unda. Osiłkowi w żłobie dano.

W końcu nie wytrzymałem i poetycko skwitowałem jego rozbieganie wśród aut: weź się człowieku zdecyduj na jedną markę, noszz kutwa mać!!! Normalnie jak dziewica się zachowujesz, i chciał byś i się boisz!!!

Zatem już w drodze do domu usłyszałem, żebym Paska jutro do jedenastej odstawił bo znalazł auto w stolycy i będzie jechał. Co było robić, z pierdzielem w doopce załatwiliśmy co trza i do Wędkarza bo przecież do stolycy ma uderzać.

Jeszcze nie zdążyłem wysiąść a już mnie wqurw dopadł bo Wędkarz zamiast się witać to wylatuje mogliście się nie spieszyć, nigdzie nie jadę. No chyba sobie jaja robisz!!! To mi pot boje zalewa a ty sobie ni z pietruchy stwierdzasz, że nie jedziesz.

Niczym nie zrażony ciągnie dalej. Jadę do Kielc bo tam autko znalazłem... i taniej. Już wszystko obgadałem, autko cacy, normalnie nówka nie śmigana. Tylko mi drugiego kierowcy brakuje... i paczy na mnie. Jakoś udało mi się wymigać, bo Wędkarz stwierdził, że zabierze Kucharza tylko musi się go spytać czy pojedzie. 

Kucharz też z swoje zagrywki ma. On woli powoli. Śniadanko, kawka, gazetka...i już widzę, że kombinuje jakby tu nie jechać. Wędkarz go zagaduje a on jak węgorz próbuje się wymigać... bo to nie jego bajka.

W końcu wyrywa mi się pojadę z tobą no bo ile można słuchać jednego i drugiego. Pojadę z tobą...uj, że Słodka się wkuwi, pojadę z tobą... i uj, że muszę wziąć urlop, pojadę z tobą...i tak tego nie docenisz.

I pojechałem po trzech-i-pól-godzinie snu. Pojechałem - nawigując przez cztery godziny bo Wędkarz mądrzejszy od dżi-pi-esu i pilnować go musiałem. Pojechałem, żeby na miejscu się przekonać, że tak się Wędkarz ugadywał i dopytywał, tak miało być wszystko cacy a tu proszę... auto walnięte było, tapicerka do doopy, obręcze hamulcowe do wymiany. A gościu od auta we Wawie bo tak się z nim Wędkarz dogadał. 

Telepło mnie porządnie. Może to było z nerw a może z głodu. Zatem pod Biedre na mały popas. Szamamy. Wędkarz ukradkiem spogląda, ja udaję że nie widzę i wqurw na twarz wyciskam żeby sobie nie myślał.

To co robimy zagaduje po chwili, bo wiesz mam jeszcze kilka aut tylko jeszcze z dwie godzinki drogi jest. Najpierw to sprawdź czy te auta jeszcze są bo, do kutwy nędzy, nie uśmiecha mi się deptanie po nic kolejnych kilometrów.

Jak się okazało - auta wybyli  a my jak te dwie doopy wołowe jak pojechaliśmy z niczym to z niczym wróciliśmy.

***

W piątek odpieram telefon od Wędkarza. Co jutro robisz?
DO PRACY IDĘ!!! DO PRACY!!! I UJ ŻE SOBOTA!!!

środa, 14 czerwca 2017

Żeby nie było

Żeby nie było, że jak szybko się pojawiłem to jeszcze szybciej znikłem, to się odzywuję. Żyję, ale dopadł mnie ostatnio stan rozjazdowy.

W sobotę zaliczyliśmy Wrocław. Było super. Autokar to misz-masz spędu ludzkiego, od plus trzynaście do siedemdziesiąt pięć plus, i zero zgrzytów. O dziwo dyscyplina była, że ho ho.

Niestety tempo zwiedzania było ogromne, w stylu Julka Cezarjusza: byłem, zwiedziłem i się zmęczyłem.

Zoo oblatane w cztery godziny, widzieliśmy prawie wszystko. Owady i gady poczekajo na lepsze czasy. W botanicznym myślę, że wszystkie ścieżki schodziliśmy. Ogród pamiętam z lat dziewięćdziesiątych jednak teraz wydaje mi się dojrzalszy - a może to ja dojrzałem?

A co z pogodą?
Idealna. W drodze do Wro na wysokości Antoninka, podczas postoju na wuceta, kiedy to zwartą grupą szturmową dopadliśmy strefy ulgi z kontrofensywą ustosunkowywał się w naszą stronę Gienerał Deszcz. Efektem czego było rozbiegnięcie się zgrai autokarowej na pobliską stację z ON-em i 95Pb.

Pomniejsze deszczowe incydenty towarzyszyły nam do samego Wro. Jednak z poziomu autokaru wszyscy mieli wyechane na to, co nasz bolid olewa. W końcu Gienerał zmęczył się i odpuścił sobie dalsze zalewanie. Do czasu.

Dopiero przed ogrodem botanicznym pokazał na co go stać. Zdążyliśmy opuścić dyliżans, ustawieni w szyk ruszyliśmy w kierunku kasy i... Gienerał przypomniał sobie o nas. Na początku niczym nawalony malarz walił kroplami na oślep, po chwili zwiększył siłę natrysku. Z naszych gardeł wyrwało się domestosowe spierlalamy!!!

Jednak Generał niczym slaby kochanek jak szybko zaczął tak szybko skończył a nam do końca pobytu towarzyszyła już tylko żarówka z nieba.

To na tyle z Wro-relacji. Fajnie było tak oderwać się od rzeczywistości i zmęczyć się pozytywnie, bez myślenia - co jutro.

No własnie, to byłe jutro było okiej, jednak pojutrze szykowało kolejny rozjazd, ale o tym będzie zaś.

piątek, 9 czerwca 2017

Jutro przybywamy

Jaka pogoda we Wrocławiu? Jutro przybywamy do...

źródło: go.wroclaw.pl

źródło: go.wroclaw.pl

środa, 7 czerwca 2017

Niedzielne zaskoczenie

Wyszłem i zapomniałem o wszystkim. Długo trwał powrót, za długo.  W międzyczasie tyle się wydarzyło, tyle chciałem napisać i doopa. Zazwyczaj wena bujała się gdzieś w przestworzach a mnie dopadł  zwis totalny, ale wróćmy do istoty sprawy.

Wędkarz, dwa tygodnie wcześniej, zarzucił w naszą stronę wniosek o pomoc w organizacji małej popijawy ze znajomymi. Rzeczowo we wniosku ujął, że za wodę ognistą sam odpowiada jedynie o co uprasza to o upolowanie zwierzyny na ruszt coby wódeczka miała na czym zlec.

Słodka jak to Słodka. Marudzi, że się nie godzi, że nie bo nie i tak dalej, i te pe, ale w ostateczności siada i dzierga. Znaczy dziergamy ręcznie i logistyczne bo spotkanie miało być niedziele tylko w nasze planowanie zaplątał się miejski burek i jego pomysł na blokowanie ulic jakby to Wawa była. Kuźwa biegów, rowerów i pływania na cały kraj mu się zachciało.

Zatem co miejski burek postanowił tak miało być. Ochotnicy z fujarami dosiedli swoich czerwonych maszyn. Słupki, bramki i inne taśmy zaczęli rozciągać. Do tego smerfy z pałamy (nadal ich nazwać smerfami jak kolory zmienili, nawet ich dyliżansy posiwiały). Zatem miśki z pałamy (chyba lepiej brzmi) wtórowali ochotnikom w myśl piosenki Budki Suflera bo do tanga trzeba dwojga. Co dziwne współczynnik wydajności makabrycznie spadł, po spotkaniu drużyny czerwonych z posiwiałymi, za to współczynnik pieprzenia organem ustnym osiągnął poziom krytyczny. Pomińmy może i tą kwestie i dalsze, pomniejsze, bo esej zaczyna mi się sklecać.

Krótko zatem.
Zdążyliśmy z całym tabunem garów, mięchem, kapuchą, kocykiem, słonikiem i Lizakiem przedzierzgnąć się pomiędzy pieprzacymi na chodniku. Znajomi również załapali się na przejazd bez pałowania. Spotkanie czas najwyższy było zacząć.

Zawsze, podczas takich zgrupowań, lubiłem przesiadywać nie za stołem a w kuchni. Chyba to wpływ małego co nie co, na które często można było się załapać. No więc stoję miedzy stołem a piekarnikiem. Mieszam, podgrzewam i co chwila zerkam przez okno na migających kołowrotków na jowejach. Lizak też nie próżnuje z poziomu ogródka, tratując po drodze wszystko co rośnie, opieprza jowerzystów.

W pewnej chwili moją uwagę przykuwa trójka na rowerach (mama z dwójką synów), którzy rozłożyli się na trawie porastającej przeciwległą stronę osiedlowej uliczki. Ot taki rodzinny piknik. Na trawie czerwony koc, obok rowery, na kocu mama z synami, kosz z prowiantem. Co chwila z poziomu koca słychać doping biegnący w kierunku kołowrotków.

Ze stanu przyglądania się owej trójce wyrywa mnie Słodka, która każe mi zamieszać w kotle na wszelki słuczaj. Jednak po chwili wracam do podglądania moich przypadkowych sąsiadów. Zerkam przez okno a moja szczęka, w tym samym czasie, sięga podłogi. Kopara mi opadła do poziomu zero bo otóż na kocu cała trójka (mam z synami) leżą i... CZYTAJĄ KSIĄŻKI!!! Każden jeden. Mama leży z plecakiem pod głową i zaczytuje się w jakimś grubym tomiszczu, obok starszy z synów w pozycji po turecku zaczytuje się w nie mniej grubej księdze. Przerywa czytanie jedynie na chwilę żeby wykrzykiwać kolejne sylaby dopingu w stronę sportowców. Z drugiej strony, młodszy z synów, również czyta!!!

Pacze i pacze i własny oczom nie mogę uwierzyć. Czuję się jak angielski biolog David Attenborough, który przygląda się wymierającemu gatunkowi człowiekus zaczytatus. Prze cały czas trwania maratonu (około 3 godzin) cała gromada zaczytatusów leżała i delektowała się książka. Nie było krzyków, przepychanek między synami. Zero komórek, laptopów, tabletów, peesów czy innej elektroniki. By za to relaks i sam na sam z literaturą. Obrazek na dzisiejsze czasy dość rzadki, pachnący epoką dinozaurów.

wtorek, 6 czerwca 2017

Czy mogę wrócić?

Czy mogę wrócić?
Niczym synalek mało-wytrawny, który po przehulaniu grubego portfela przypomniał sobie o kochanych pieniążkach płodoplastów.

Czy mogę wrócić?
Niczym rogotwórca po skoku w bok, bo myślałem, że z innym tforem będzie lepiej, szybciej, sprawniej i nie chodzi mi tu o zmianę seksiorientacji, nadal doskwiera mi tak niemodne w jewropie hetero.

Czy mogę wrócić?
Niczym upadła spółka do firmy matki, bo rozmienianie się na drobne rozmija się z celem. To nie szampon - trzy w jednym wcale nie jest super.

Czy mogę wrócić?
I znowu zatruwać czas innych swoimi wypocinami.

źródło: strefa-beki.pl