środa, 30 sierpnia 2017

Po urlopie

O jeżu brodaty!!! Zabieram się do pisania jak sójka za morze - od poniedziałku. Szczęśliwy czas leżenie bykiem - powiedzmy - powrócił do stanu bolącego siedzenia kiedy oczwartejczydzieści budzik drze japę żeby wstać.  Dobrze, że tylko do piątku. Później wszystko wraca na stare tory. Chciałem napisać normy, ale to już by było za duże słowo. W mojej tyrce za normalnych uważa się ludzi z psychiatryka.

Urlop w stylu chillaout polecam każdemu. Nie było nerwówki, biegania, wyzywania, komputera, telefonów z pracy. Znaczy się telefony były, ale koncertowo je olałem. Nie podoba się to mogą mnie zwolnić. Wisi mi to.
Były za to nieśpieszne śniadanka, spacery ze Słodką i Lizakiem, wyjazdy w plener z aparatem czy do lasu, spotkania ze znajomymi, grill, praca w ogrodzie i wekowanie.

Takie wyciszenie i inne powiedzmy czynniki wpłynęły na przewartościowanie decyzji jakie w życiu podejmowałem. Ameryki nie odkryję, ale stwierdziłem, że najważniejsi są Słodka i Lizak a nie praca i wyniki w pracy. W pracy, w której nikt cię nie docenia, bo czy klepanie po plecach lub uścisk ręki można nazwać docenieniem pracownika w momencie kiedy nowy angaż dostaje dziunia, przez którą firma płaci kary.

Chyba jednak urodziłem się w nieswojej epoce.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Saksy po francusku

Rodzinka Czerwonej załatwiła Elektronowi wyjazd na saksy. W sumie to nie wiem po co on jechał bo kasy mają sporo, ale ani im jej nie zazdroszczę, ani nosa w nie swoje sprawy nie wściubiam, bo ja nie z takich co nos w nie swoje sprawy wściubia.

Przemilczałem całe achy i ochy towarzyszące jego wyjazdowi. Toja i Kucharz wtórowali synusiowi bo przecież jaka to duma, synuś za granicę jedzie na zarobek a w sumie to pewnie urwać się chciał Elektron od Czerwonej. Jak już pisałem to nie moja sprawa.

Zatem wyjechał Elektron w kierunku Francji, ale gdzie dokładniej to sam nie wiedział bo go przecież zawiozą. Co robić będzie też nie wiedział bo mu przecież na miejscu powiedzą. Wizje były wielkie: stawianie konstrukcji, spawanie i inne anie. I na każdym kroku ta szpilka w moją stronę - ty sobie rady byś nie dał bo za biurkiem pracujesz, spawać nie umiesz. No i jeszcze qrwa druga wojna przeze mnie jak nic. 

No pojechał Elektron i jakoś się nie odzywał długo, za dużo o pracy mówić nie chciał, ale w końcu się wydało co robi. W hucie robi. To pewnie przy jakimś remoncie maszyn albo hali myślałem sobie i szczerze w duchu sam sobie potwierdzałem, że do takiej pracy się nie nadaję bo po prostu się nie znam.

W miniony piątek Kucharz rozmawiał z Elektronem przez telefon i po skończonej rozmowie stwierdził praca mu się pewnie nie podoba bo po głosie słyszałem i jakby mógł toby do domu wracał.
- To co on tam robi wyrwało mi się samo z siebie. 
- A w hucie przy czyszczeniu maszyn robi tzw. regenerację. Czyszczą przekładnie ze smarów itd. 
- O to pewnie jakimiś maszynami - noszz znowu mi się wyrwało. 
- Jakie maszyny. Ręcznie czyszczą. - odpowiada Kucharz i patrzy się na mnie jak na idiotę.

I wiecie co. Nie zazdroszczę mu. Narąbie się jak głupi bo to niewolnicza robota jest. Nie czarujmy się taki żabojad do niej się nie weźmie bo mu paznokietków szkoda a Poloczek będzie robił bo jewro stoi wysoko. 

Z drugiej strony trzeba mieć jaja i pokazać, że się jest facetem i nie przesmradzać. Wychodzi jak to się ciężko u nas pracuje na stanowisku. Można nawet na dwie zmiany ciągnąć i obiadek w pracy gotować. Można? Można.Tutaj sobie rączków nie ubrudzi.

środa, 2 sierpnia 2017

Umarłem... no prawie

Wczoraj był ciężki dzień, piszę wczoraj bo jest już grubo po północy kiedy klecę te słowa, a klecę tak późno bo jak się w dzień śpi to wieczorem nie można usnąć.

Dzień w pracy to istny armagiedon, nie od pracy a od pogody. Żarówka na niebie, rozpalona do białości, smażyła termometr w okolicach trzydziestu ośmiu stopni i to w cieniu. Strach pomyśleć ile rtęci się podniosło w bezpośrednim kontakcie termometru z promieniami słonecznymi.

W biurze piekarnik, każdy chodził i łapał haustami powietrze jak świąteczny karp wyjęty z wanny. W tym miejscu chciałbym podziękować architektowi, który projektował zadaszenie, normalnie chapeau bas, módl się facet żebyśmy się w ciemnej ulicy nie spotkali, bo już po tobie. Naprawdę trzeba mieć nieźle w łepetynce poukładane aby zadaszenie nad galeryjką, z której wchodzi się do pomieszczeń biurowych, pokryć pleksą. Może to tanie i ładne, ale bardzo uciążliwe: latem grzeje to to w okolicach plus czterdzieści-parę-stopieńków, zimą ochładza i tak już zimne nastroje do góra plus trzynastu. Do tego latem klimy nie uświadczysz a zimą działającego ogrzewania. Qrwa dwudziesty pierwszy wiek!!! Brawo!!!

Stary oczywiście doopę zawinął i pojechał do domu. Jemu wolno, on tu bogiem. Zero telefonu o skróconym czasie pracy, zero wody. Człowiek nie wielbłąd  - pić musi. Jakoś dotrwałem do końca zmiany. Umęczony, klejący się od potu. Jakby tego jeszcze było mało to mój kinol w takich warunkach zatyka się - jakbym stopery nie w uszy a w nozdrza wsadził. Zatem dycham jak ten biedny, świąteczny karp. Głowa od tego wszystkiego zaczęła mnie naparzać, do tego doszła kręcioła.

W autobusie nie lepiej. Podjeżdża to-to z taflami szkła zamiast lufcików czyli klima w środku jest. No klima jest nie powiem, coco szambonella od drzwi człowieka zarzuca. Udaje mi się usiąść od nienasłonecznionej strony. Co przystanek ludzi przybywa, powietrze gęstnieje, ból głowy zwiększa się, odzywa się kręgosłup - chyba lepiej byłoby stać niż siedzieć, ale kręcioła wtóruje bolącej głowie.

W końcu wysiadam, półżywy. Z radości ziemię pod stopami bym całował, ale kręgosłup nie pozwala. Jeszcze tylko dwieście metrów, sto, schody, drzwi i... kolejna duchota. Obiad, leki przeciwbólowe bo już ledwo na oczy paczam, łóżko. Nic tylko spać.

Budzi mnie Lizak. Dyszy, piszczy. Nieprzytomny zerkam na cyferblat 16:37. Lizak, szepcę zaspany, jeszcze trochę, dzisiaj później wyjdziemy. Choć umyjemy brzuszek to się schłodzisz.

Łazienka, zraszam podwozie Lizaka letnią (nie zimną) wodą, wycieram ręcznikiem nadmiar wody. Łóżko, zasypiam.

Budzi mnie Lizak, jeszcze chwila i idziemy na szybki spacer w stylu siku-kupa-spieprzamy do domu.

Ból minął...